III Edycja Rankingów :

Moto-Turysta Roku 2006  *   Krążownik Szos 2006  * 01.04.2006 - 01.10.2006

 
   
 

RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 063 / 2006 / ZLOTY

 

Tytuł wyprawy / nazwa zlotu, imprezy :
VI Międzynarodowy Rajd Katyński
24.08 - 11.09
2006

Przejechany dystans :
6700 kilometrów
- trasa rajdu o długości 6000 tys. km,
- dodatkowo odległość z Bielska-Białej do Warszawy w obie strony ok. 700 km

Krążownik Szos :
Harley - Davidson V-ROD
Krążownik Szos nr 127
 

Uczestnicy wyprawy :
 

Jurek vel Juri - Bielsko-Biała

Monika - pasażer


Trasa wyprawy :


Nadesłana relacja nie spełniła wymogów regulaminowych, związanych z zachowaniem terminów zgłoszenia wyprawy.
(za wyprawę nie zostały przyznane punkty w rankingach)
 

 

 

       Nasza przygoda zaczyna się dzień wcześniej niż pozostałych uczestników, ponieważ mamy jeszcze do pokonania trasę Bielsko-Biała – Warszawa, czyli podróż zaczynamy w piątek. Pakowanie sprawia nam kłopot: nie chcą się zmieścić nasze bagaże -hmm -dlaczego? Rezygnujemy wiec z jednego śpiwora, co będzie później miało swoje konsekwencje, ale cóż... Uff -udało się wyruszamy…
      Muszę tutaj zwrócić uwagę, że jest to pierwsza tak daleka podróż mojej pasażerki -jej najdłuższa wyprawa na motorze, to tydzień wcześniej wyjazd na zlot do Karpacza. Jestem pełen obaw czy jej podróż nie zakończy się w Warszawie, jej szybkim powrotem do domu pociągiem, ale to na razie tylko moje przypuszczenia. Myślę o tym pokonując dzielący nas dystans od domu do stolicy...
    Jak na złość pogoda nie rozpieszcza nas –zanosi się na istną ulewę tak też się dzieje. Wjeżdżamy przemoczeni do punktu zbiorczego w Starej Iwnicznej. Jest tutaj już duża liczba uczestników Rajdu –dzielimy się na grupy. Komandor Rajdu -Wiktor Węgrzyn, ogłasza komunikaty i cóż znów ulewa, to ta sama, która już raz nas przemoczyła.

     Mamy pierwszy kłopot -nie mamy noclegu a tutaj wszystko przemoczone, ale w rodzinie motocyklistów można przecież liczyć na pomoc. Bezinteresownie zapraszają nas do swego domu Grażyna i Piotr –nie jadą na rajd teraz, ale za rok..  Na pewno ich zobaczymy.
Garaż Grażyny i Piotra- nasza mokre ubrania i legenda. Tak właśnie zaczęła się nasza przygoda -od spotkania z cudownymi i życzliwymi ludźmi.

      26 sierpień maszyny gotowe-zaczynamy naszą przygodę od oficjalnego rozpoczęcia Rajdu przed Grobem Nieznanego Żołnierza.
Mnie przypadła w udziale honorowa warta.
Liczymy motocykle jest nas ok. 45 chłopa + 7 maskotek rajdu. Nasze kobietki, jak się później okaże, wykażą się większym hartem ducha niż nie jeden z nas...
 Uroczystości dobiegają końca wyruszamy do Sokółki miejscowości oddalonej od Warszawy o 250 km.
Sokółka - Wilno, 402 km

       Pogoda nadal nam nie dopisuje i jedziemy w deszczu. Jesteśmy witani w Sokółce przez Burmistrza miasta i mieszkańców. Jedziemy na miejsce noclegu i zaczynamy się poznawać… Tak, jak prawdziwi motocykliści potrafią.

     Bezproblemowo przekraczamy granicę polsko-litewską w Ogrodnikach –bez kolejki przejściem dla VIP. Litwa wita nas słońcem.
Tuż po przekroczeniu granicy, tankujemy motocykle  na pierwszej napotkanej stacji
Jako ciekawostkę dla tych, którzy się dopiero na wschód wybierają –powiem, zacznijcie sobie pisać ile się wam do baku mieści, bo tam jest zwyczaj:
NAJPIERW PŁACISZ POTEM LEJESZ !

Biorąc pod uwagę wspomnianą zasadę, możecie sobie tylko wyobrazić jak długo tankuje się czterdzieści parę motorów... Z uwag praktycznych: zaopatrzcie się na granicy w ich walutę, ponieważ nie funkcjonują tam karty płatnicze.
      W drodze do Wilna jedziemy do miejscowości Kopciowo, gdzie składamy wieniec na grobie Emilii Plater. Zatrzymujemy się również w wiosce Koniuchy, gdzie 29.01.1944 roku, została wymordowana Polska wieś przez partyzantów sowieckich.

     Po dotarciu do Wilna jedziemy na cmentarz Rossa- najstarszy w Europie. Oficjalna data jego założenia to 1801r.

Pochowani zostali tutaj żołnierze 1919, 1920, 1939, i z 1944 roku. Pomiędzy nimi spoczywa Maria Piłsudska, matka słynnego Marszałka. U jej stóp umieszczono srebrną urnę z sercem Józefa Piłsudskiego.
W dalszej części cmentarza jest pochowany również jego brat –Adam i pierwsza żona Marszałka Maria Piłsudska.


Pod Ostrą Bramę byliśmy konwojowani przez miejscową Policję.

      Będąc w Wilnie nie mogliśmy nie jechać do miejscowości Ponary, oddalonej od śródmieścia Wilna ok.10 km Pozwolę sobie o tym miejscu więcej napisać, gdyż przez pół wieku prawda o tym, co tam się stało była przemilczana. Szacuję się, że w Ponarach zamordowano parę tysięcy Polaków. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że mordowano uczniów, wybitnych profesorów Uniwersytetu im. St.Batorego, i bardzo wielu zwykłych Polaków mieszkańców Wilna.

Nasi rodacy ginęli z rozkazów hitlerowców, ale wykonawcami byli litewscy ochotnicy -zwano ich strzelcami ponarskimi. Polacy prowadzeni na śmierć przez litewskich oprawców byli torturowani, a kobiety gwałcone. Oprawcy mordując świetnie się bawili, pijąc alkohol i dręcząc ludzi skazanych na śmierć. Zwożono ich tam koleją, a następnie prowadzono przez las do wcześniej wykopanych dołów. Doły te miały kilkanaście metrów średnicy i ok. 7 metrów głębokości.

Wilno - Dyneburg,  224 km

       Na naszej drodze do Dynenburga znajduje się kościół Sorokpolski, w którym został ochrzczony Wódz Narodu Marszałek Józef Piłsudski Po wpisaniu się do pamiątkowej księgi wyruszamy do Zułowa, miejsca narodzin i dzieciństwa Józefa Piłsudskiego.

Z dworu Marszałka pozostały tylko fundamenty. 10 października 1937r, w miejscu kolebki pierwszego Marszałka Odrodzonej Polski, który dał Polsce wolność, granice, moc i szacunek, został posadzony dąb - symbol wieczności.
Uczynił to prezydent Ignacy Mościcki i Marszałkowa Aleksandra Piłsudska.
 

     W tym samym też dniu przekraczamy granicę litewsko - łotewską. Zwyczajem rajdowym jest zawieszanie flag państw, po których podróżujemy. Na początku ułatwiało nam to odnajdywanie siebie na trasie, zawsze było wiadomo, że to „swój chłop” jedzie.
Naszym miejscem docelowym był Dyneburg, gdzie złożyliśmy wieniec na grobie żołnierzy, którzy w 1920r. walczyli o niepodległość Łotwy.


Później zostaliśmy ugoszczeni przez naszych rodaków, a przecież wiecie jak wygląda nasza POLSKA gościnność...

Dyneburg - Katyń,  530 km

    Wjazd do Rosji jest ciężkim wyzwaniem dla osób niecierpliwych. Można wręcz powiedzieć, że jest to niemały wyczyn przebrnąć przez wypełnianie tych wszystkich jakże ważnych druczków i świstków, które należy zachować do kontroli przy opuszczaniu granicy rosyjskiej. Biegamy więc od jednego do drugiego okienka -tam i z powrotem, czekamy aż celnik jednym Paluszkiem wystuka coś tam na komputerze...

Tak mijają godziny w strugach deszczu i zachodzącym dniu, a tu tyle drogi przed nami.
Na koniec dodam, że starzy wyjadacze rajdowi pocieszali nas, że i tak szybko nas odprawili, bo trwało to TYLKO 9 GODZIN !
    Do Smoleńska docieramy późną nocą w strugach deszczu, mając po drodze płatną autostradę -czyli 50 km w błocie, glinie i dziurach, które ciężko było ominąć…
Ale, że chłopaki twardzi byli, to wszyscy radę dali i bezpiecznie dojechali do Smoleńska, gdzie spaliśmy sobie w Hotelu (tak to się tam zwie), pilnowani przez rosyjską milicję.
Po tak wyczerpującej drodze, już tylko bardzo przyjemny wieczór z miejscowymi  smoleńskimi bikerami...

Jako ciekawostkę powiem, że specjalną opiekę milicji mieliśmy przez cała Rosję, jak i również na Ukrainie w związku z czym, było wiele zabawnych sytuacji, ale o tym później... Jeszcze tylko poranne śniadanie przed wyjazdem i ....  KATYŃ

KATYŃ

Czy trzeba tu wielu słów ?
W roku 1940, NKWD zamordowało polskich oficerów i podchorążych. Byli oni wcześniej więzieni w Kozielsku. Wymordowano 4410 jeńców, cześć skazanych zabito w Smoleńsku w siedzibie NKWD. Zostali pochowani w ośmiu zbiorowych mogiłach. Wśród ofiar zbrodni znaleźli się:
- wiceadmirał Xawery Czernicki
- generałowie: Bronisław Bohatyrewicz, Henryk Minikiewicz, Mieczysław Smorawiński
- jedyna kobieta, ppor. Janina Lewandowska


Katyn - Ostaszków, 466 km
 

    W odległości 11 km od Ostaszkowa na wysepce Stołbnyj, na jeziorze Seliger, znajduje się prawosławny klasztor Monastyr zwany „Nilową Pustynią”.
To właśnie tu więzieni byli polscy mundurowi w liczbie 6364 osoby.
I to właśnie stąd 4 kwietnia 1940 r. byli wywożeni do Tweru, gdzie zostali wymordowani.
Widok z wierzy Monastyru , aż dech zapierał.

   

W miejscu noclegu chłopcy się chyba nudzili, że mi tak ślicznie harleya przyozdobili...
Później miały miejsce nocne Polaków rozmowy przy dobrym winku lub czymś może mocniejszym -nie wiem, bo osobiście już spałem. To Monika jak zwykle zamiast towarzyszyć mi w spanku, wybiera towarzystwo kolegów motocyklistów i coś mocniejszego zapewne.


Ostaszków - Miednoje, 166 km

To właśnie w Miednoje spoczywa 6 295 policjantów, Żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, pracowników administracji państwowej, żandarmerii i wywiadu, zamordowanych w Twerze.

Braliśmy udział w uroczystościach razem z delegacją rządową. Był też apel poległych, oraz czas na zadumę i oddanie hołdu.

Niezapomnianym dla nas wszystkim było spotkanie z ks. Prałatem Zdzisławem Peszkowskim, nielicznym ocalałym z Katynia. Był więźniem Kozielska i cudem ocalał. Teraz jest kapelanem Rodzin Katyńskich, pełni też funkcje Prezesa Fundacji „Golgota Wschodu”.
Po zakończeniu uroczystości na Cmentarzu w Miednoje, zostajemy zaproszeni przez rządową delegacje na wspólny obiad.


Miednoje - Moskwa,  200 km

   Rano wyruszamy z Miednoje na podbój Moskwy –mamy do pokonania 200km. Im bliżej Moskwy, tym więcej mija nas samochodów z „górnej półki”. To same terenowe, wszystkie oczywiście czarne z przyciemnionymi szybami. Takiego skupiska tylu aut nie widać w żadnej innej stolicy europejskiej. Zmienia się też  krajobraz - bieda ustępuje bogactwu.
    A oto nasza słynna  moskiewska ucieczka...

Nie mieliśmy ochoty na jazdę po stolicy Moskwy, dotarcie do Placu Czerwonego zajęłoby nam pewnie godzinę - pomimo, że odległość niewielka, ale korki w stolicy Rosji ogromne. Takie jest zarządzenie komandora rajdu Wiktora Węgrzyna - 2 godziny na wypucowanie motocykli a potem wyjazd na miasto pełną pompa, itd.
Rezygnujemy więc z pompy w liczbie 5 osób, siejąc dywersje uciekamy…

W drodze na Plac Czerwony na pierwszym planie….. Panowie sami osadzą...


Przed wejściem na Plac Czerwony...


Jak Moskwa to Kreml, mamy do przejścia tylko 28 ha. Obym Putina nie zobaczył i nóżki nie bolały.
   Plac Soborowy  -otaczają nas przepiekane cerkwie i trzy sobory: Uspienski, Błagowieszczenski i Archangielski. Koledzy zastanawiają się gdzie teraz, bo obok znajduje się pałac Patriarchów, pałac zjazdów i bajeczna cerkiew Wasyla Błogosławionego.
Hmm – trudny wybór...

Car puszka odlana w 1586 roku, dla Fiodora I. Portret obdarowanego widnieje na lufie o średnicy 89 cm. Działo jest o wadze 40 ton.

Koniec tego dobrego rano opuszczamy Moskwę i jedziemy do Kurska 528 km.

Moskwa - Kursk, 528 km


     Wyjazd z Moskwy to prawdziwe wyzwanie. Moskiewska obwodnica  to 6 pasów w jedną stronę Przeciskamy się między samochodami, ponieważ wszystko i tak stoi w gigantycznym korku. Towarzyszy nam deszcz -jest bardzo niebezpiecznie, a my jedziemy w kilka motorów wąskim pasem przy blokach betonowych oddzielających kierunki jazdy na drodze. Jazda w tych warunkach niestety kończy się awaryjnym hamowaniem, zblokowaniem tylnego koła i długim ślizgiem bocznym, który kończy się szczęśliwie bez przewrotki pomiędzy samochodami. Pasażerka moja ma jednak dość (ja chyba też). Na tej samej obwodnicy wywraca się Jakub na swoim Suzuki GS500, a na niego wpada rozpędzony Artur na Yamaha XT660R i przelatuje mu po plecach.
 

Dobrze, że miał plecaczek, zamortyzował on uderzenie opony o kręgosłup Jakuba. Przez ten plecak zresztą moja Monika nazywała go żółwikiem i bardzo była niepocieszona, że go stracił, jednak bardzo szczęśliwa że nic mu się nie stało.
Niestety tyle szczęścia nie miał nasz kolega pilot Mirek i jego harley poległ na drodze pod Kurskiem.

       
       Przekraczamy granice rosyjsko - ukraińską ok. godz.12  Oczywiście na stronie rosyjskiej musimy oddać tą całą „makulaturę”, którą wypełnialiśmy przy wjeździe. Na szczęście nikt niczego nie zagubił i udaje się nam nawet dosyć sprawnie przejechać.
Później byliśmy goszczeni w konsulacie Polskim w Charkowie - zobaczcie sami jak:

       Jedziemy złożyć wieńce na Cmentarzu Wojennym i Cmentarzu Prawosławnym w Charkowie. Tu spoczywają polscy oficerowie więzieni w obozie w Starobielsku, od listopada 1939 r. do maja 1940r. Spośród ok. 4 tyś żołnierzy połowę stanowili obrońcy Lwowa. W kwietniu i maju 1940r. NKWD wymordowało w Charkowie wszystkich jeńców.
Przeżyło zaledwie 90 oficerów wywiezionych na indywidualne śledztwa do więzień w Moskwie i Kijowie.


Charkow – Kijow, 484 km

        Jedziemy do Bykowni, wsi pod Kijowem –która, jest chyba największym miejscem spoczynku ofiar represji z okresu stalinowskiego. Szacuje się, że spoczywa tam od kilkunastu do stu tysięcy osób głównie z lat 1937 i 1938, a także 1940 - 41.
Od polowy lipca tego roku trwają tam prace ekshumacyjne –są one kontynuacją poszukiwań z roku 2001.  Poszukiwania miejsca spoczynku z trudnej do ustalenia liczby Polaków, z niemal 3,5 tys. nazwisk, które widnieją na tzw. ukraińskiej liście katyńskiej, są prowadzone na terenie 5 ha terenu leśnego.
W wyniku prowadzonych wierceń zlokalizowano 103 groby. W sierpniu odkryto pierwsze groby Polaków zamordowanych przez NKWD w 1940r. Wśród zamordowanych są wysocy rangą oficerowie i podoficerowie Wojska Polskiego Korpusu Ochrony Pogranicza, policjanci, funkcjonariusze Straży Granicznej i Więziennej, urzędnicy, ale także osoby cywilne. O tym że są to polskie mogiły świadczą przedmioty i ubrania, w których spoczywają Polacy -np.: fragmenty umundurowania, buty i guziki wojskowe, medaliki, czy nawet przedmioty z pojawiającymi się nazwiskami zamordowanych osób.


Kijów – Kamieniec Podolski,  431 km


       W drodze do Kamieńca Podolskiego odwiedzamy miejscowość  Berdyczów, gdzie znajduje się kościół karmelitów bosych z 1634r., p.w. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wojewoda Kijowski ofiarował świątyni wizerunek Matki Boskiej Śnieżnej, który w  krótkim czasie wsławił się licznymi cudami . W 1647 roku, ogłoszono obraz cudownym.

   

W drodze do Kamieńca Podolskiego umacniałem przyjaźń polsko-ukraińską. Milicja ukraińska miała za zadanie zatrzymać nas i poprowadzić kolumną do Kamieńca Podolskiego - efekt tego zdarzenia sami widzicie.

   

Nie wiem, dlaczego moja pasażerka, która mnie porzuciła na rzecz wygodniejszego jak stwierdziła motocykla, przejechała przez blokadę bez problemu. Mnie natomiast zatrzymano !
Koledzy milicjanci przekonali nas, abyśmy poczekali na całą kolumnę motocykli. Prośbę swą umotywowali tym, że w przeciwnym razie stracą premie.  Trzeba też wiedzieć, że cały ich miesięczny zarobek to 100 $.  Żal się nam chłopów zrobiło wiec…
Zostaliśmy i zabawa była przednia. Fajne te mundurki mają, to nic ze trochę przykrótkie rękawy. Możliwość wypróbowania pałki także była, a na końcu ćwiczenia z formowania kolumny motocykli.

       Kamieniec Podolski to jedno z najbardziej malowniczych miast na Ukrainie. Stare miasto położone jest na wysokiej skale, którą opływa mała rzeka Smotrycz. Pod względem ilości zabytków ustępuje jedynie Kijowowi i Lwowowi. My mieliśmy 2 dni, by zwiedzić twierdzę ze Starym i Nowym Zamkiem. Stare miasto otoczone jest murami miejskimi z basztami. Warte zobaczenia są cerkwie i minaret.
 

      Nocleg mieliśmy w Kościele podominikańskim, zrujnowanym przez sowietów oraz pożar w 1993r. -obecnie zwanym kościołem Ojców Paulinów.
Piwnice tego kościoła kryją straszną niewyjaśnioną jeszcze tajemnice, bowiem znajduje się tam masa niezidentyfikowanych jeszcze ludzkich kości.
Ojcowie Paulini bardzo wystawnie ugościli nas w swoich klasztornych progach. Przez chwilę czuliśmy się jak prawdziwi zakonnicy.


       W Kamieńcu Podolskim byliśmy 2 dni, więc mieliśmy możliwość zwiedzenia twierdzy w Chocimiu.

      A tak w drodze powrotnej bawiła się nasza koleżanka Łucja. Później uczciła swoje imieniny-skokiem z wysokości 60 metrów !!! Odważne mieliśmy kobietki...

   

     Pozostałością po trwających 27 lat rządach tureckich, jest minaret przy katedrze Św. Piotra i Pawła. Po odzyskaniu miasta minaret pozostawiono, zastępując jednak w 1756r. półksiężyc na drewnianą figurą Matki Boskiej. Później zastąpiono Matkę Boską na figurkę wykutą w miedzi, która to stoi do dnia dzisiejszego.

  

Na niewielkim cmentarzu przy katedrze, jest obelisk poświecony pamięci znanego z powieści H. Sienkiewicza –pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego. Pan Wołodyjowski w 1672r. brał udział w obronie Kamieńca i poległ, gdy nastąpił wybuch w prochowni.
         Wieczorem zorganizowaliśmy wspólne ognisko z bikerami z Kamieńca Podolskiego. Nadszedł czas pożegnania z tym pięknym miastem, a uczyniliśmy to poprzez wspólną pamiątkową fotografię. Następnie ruszamy do Lwowa -przed nami do pokonania 366 km.


 

Kamieniec Podolski - Lwów, 366 km
 

   Moje podróżowanie zakończyłem w Kamieńcu Podolskim, ponieważ w oponę wbiła się śruba, która rozcięła ją na całej długości. Pomimo pomocy miejscowych baikerów, nie udało się zdobyć w Lwowie opony w rozmiarze 18.
Jadąc sobie busem, obserwowałam moją wcześniejszą pasażerkę, a dokładniej jak szybko i sprawnie zmienia motocykle. Stało się wręcz tak, że już sam nie wiedziałem z kim jedzie i jaką maszynę teraz testuje,
-a może kierującego...

        W drodze do Lwowa odwiedziliśmy jeszcze miejscowości Buczac i Jałowiec.
W Lwowie zatrzymaliśmy się przed Cmentarzem Łyczakowskim. Cmentarz Łyczakowski został założony w 1786r. Jest to jedna z najstarszych nekropolii i jeden z najpiękniejszych polskich cmentarzy. Mogliśmy tutaj obejrzeć dużo pięknych zabytkowych kaplic, obelisków, kolumn w rożnych stylach, oraz nagrobków przedstawiających postacie i wizerunki zmarłych. Jest to miejsce wiecznego spoczynku wielu wybitnych i zasłużonych dla Polski ludzi kultury, nauki, polityki.
Spoczywają tu m.in.: Gabriela Zapolska -pisarka,  Maria Konopnicka -poetka, Artur Grottger -malarz ,Stanisław Niewadomski -muzyk, i wielu innych...

Na zdjęciu powyżej znajdziecie moją kochaną Monikę, ze wspaniałym gościem Marianem, który pracuje w Komendzie Głównej Policji. Nie raz ratował kolegów przed mandatami...
 

        Cmentarz Obrońców Lwowa jest częścią cmentarza Łyczakowskiego. Znajdują się na nim mogiły uczestników obrony Lwowa i Małopolski Wschodniej, poległych w latach 1918-1920. Cmentarz często jest nazywany Cmentarzem Orląt, gdyż spośród 3000 pochowanych żołnierzy większość to młodzi chłopcy. Najmłodszy obrońca Lwowa -Kukawski Jaś miał 9 lat, a jego karabin był większy niż on sam.
Cmentarz powstał w 1921r. Konkurs na mauzoleum wygrał uczestnik walki o Lwów, Rudolf Indruch -student Wydz. Architektury. Najważniejszymi częściami Cmentarza są: stojącą na najwyższym wzniesieniu Kaplica, poniżej rozłożone katakumby i wreszcie Pomnik Chwały, a między nimi tysiące mogił.

W 1971 roku, po wcześniejszych już dewastacjach przy pomocy czołgów i maszyn budowlanych, Rosjanie zniszczyli kolumnadę. Próbowali też zniszczyć pylony Łuku Chwały, które jednak się oparły -zostały jednak ostrzelane napisy tam się znajdujące.
Z ziemią zrównano groby a Kamienne Lwy, które stały przed łukiem triumfalnym, przewieziono na rogatki miasta.
W roku 1989 z inicjatywy inżyniera Józefa Bobrowskiego, zaczęto porządkować zdewastowany teren. W 2001r. władze Polski i Ukrainy zawarły porozumienie o kształcie cmentarza. W 2005r., Rada Lwowa zgodziła się na ponowne ustawienie figur na pomnikach francuskich piechurów i amerykańskich lotników, jednak nie wyraziła zgody na ustawienie figur lwów przed centralnym pylonem łuku chwały.


           Późnym wieczorem odwiedzamy jeszcze pomnik Adama Mickiewicza, a potem - to nasza ostatnia wspólna noc. Po obowiązkowym zwiedzeniu Lwowa nocą i ciepłym posiłku, zabezpieczeniu motocykli (w tamtym roku właśnie w tą ostatnią noc, w tym samym miejscu skradziono motocykl) zaczynamy nocne Polaków rozmowy...
Zaczynamy już wspominać kończący się rajd, a że ziąb był -wspomagamy się czymś mocniejszym. Rano wyruszamy w stronę granicy ukraińsko - polskiej (mamy do pokonania ok. 450 km).
          Po drodze odwiedzamy jeszcze grób Hetmana Wielkiego Koronnego - Stanisława Żółkiewskiego, a w Tarnogrodzie składamy wieniec w miejscu rozbrojenia oddziału Wojska Polskiego przez Armie Czerwoną. Około 40 oficerów zamordowanych później w Katyniu, wydali miejscowi Żydzi.
          My podróżujemy już z naszymi chłopakami z busów. Monika jedzie sobie z Grzesiem i dobrze się bawi, choć jest jej przykro, że nie możemy przekroczyć granicy w Hrebennej razem z naszymi kolegami w kolumnie motocykli -tym bardziej, że pogoda jak marzenie.
Ja zostaję sobie sam na granicy w oczekiwaniu na Mariana ciągnącego na lawecie mojego
Harleya. Spotykamy się wszyscy już po raz ostatni w zajeździe ok. 10 km za granicą i tu następują ostatnie pożegnania. Potem już każdy jedzie w stronę domu...
 

Pożegnania z Ewcią, szaloną kobietką z Krakowa -bardzo się polubiły z Moniką.

Pożegnanie z Krzychem i jego ksywką:
"DAMY RADĘ” -wiecznym wulkanem humoru.

 

A tu Monika w objęciach pilota Mirka, któremu życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Życzenia kierujemy również do Jacka, także  pilota rajdu. Mirek i Jacek po wspólnym pożegnaniu, ok. 3 km przed Krasnymstawem, mieli groźny w skutkach wypadek.
Do zobaczenia za rok!!!

To już Lublin i moja Monika, która jak już się położyła w tym miękkim i czystym łóżku, to spała tylko 12 godzin.
Hmm, czyżby Rajd ją tak zmęczył.

 Tu również został nasz harley. Nie będę wam opisywał jak przebiegała naprawa, bo bym drugie tyle musiał napisać.

Wiec może innym razem….


Podsumowując Rajd Katyński podeprę się tu słowami jednego z rajdowiczów
-pilota Sławka:
„Niech jadą do Monte Carlo, biedni. Rajd Katyński to męska sprawa”


Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego znajdzie się wśród Was ktoś, kto będzie chciał przeżyć to, co my...
Poznać tyle wspaniałych miejsc i tylu wspaniałych ludzi...
Zaliczyć się do grona twardzieli Rajdu Katyńskiego...
 

Zainteresowanych odsyłam na oficjalną stronę:
www.rajdkatynski.net


Z tego miejsca chciałbym podziękować Wiktorowi Węgrzynowi, pomysłodawcy i organizatorowi Rajdu Katyńskiego. Wszystkim uczestnikom VI Rajdu Katyńskiego dziękuję, że mieliśmy możliwość Was poznać.
Mam nadzieję, że za rok się zobaczymy!


 

 

>zapraszam do obejrzenia zdjęć z rajdu<

 


Pozdrawiam wszystkich Moto-Turystów,

Jurek,

(Moto-Turysta nr 127)