|
Wyruszyliśmy o 10 00 i po
dwóch godzinach dotarliśmy do stylowego zajazdu za Lublinem, gdzie
zjedliśmy wspaniały obiad za umiarkowaną cenę. Niestety nazwy
zajazdu nie zanotowałem, ale może ktoś pozna na zdjęciach.

Dalej jechaliśmy niespiesznie ze
średnią szybkością podróżną ok. 100 km/godz.
Na miejsce dotarliśmy ok.18. Po zakwaterowaniu się w hoteliku „U
MAŁGOSI”, udaliśmy się do karczmy „U GAŁY”, gdzie czekała nas
kolacja i pozostali uczestnicy zlotu. Tradycyjnie serdeczne
powitanie wymiana informacji napitki umiarkowane z uwagi na sobotni
program wycieczkowy.

Następnego dnia trzy grupy ruszają w
różnych kierunkach. GS –owcy na trasę enduro po bezdrożach
bieszczadzkich, turystyki żądni rywalizacji na trasę z mapkami na
orientację po okolicach, inni na dowolne trasy wycieczkowe w
mniejszych lub większych grupach.
Ja wybrałem się z grupą turystyczną w stronę Polańczyka i Soliny.
Byłem bardzo ciekaw jak wygląda obecnie Solina, gdyż miałem okazję
jako dziecko być tam w roku uruchomienia zapory.

Widoki przepiękne, zakrętów do woli, asfalt gładki, pogoda wymarzona
dla motocyklistów.
W Polańczyku odpoczynek, kawa, przekąski, zdjęcia pamiątkowe i w
drogę nad Solinę. Zapora robi wrażenie, woda czysta, ryby podpływają
do turystów jak w warszawskich Łazienkach. Deptak prowadzący na
zaporę przypomina zakopiańskie Krupówki, pełen straganów z
pamiątkami i wyrobami miejscowego rękodzieła. Ogólnie Solina jest
największą zaporą w Polsce długości 664m i wysokości 82m. Polecam
stronę
www.solina.pl .

Po
zwiedzeniu zapory wyruszamy w kierunku Leska i dalej drogą nr 84 do
Ustrzyk Dolnych, które mijamy, gdyż postanowiliśmy zajrzeć jeszcze
do Arłamowa. Tam delektujemy się befsztykami tatarskimi i
kontemplujemy dawny ośrodek wypoczynkowy naszych władz, a obecnie
łaskawie udostępniony wszystkim turystom.
Posileni wracamy do bazy, gdzie czeka na
nas obiad właściwy i informacje z wyjazdów pozostałych grup. W
czasie wycieczki przejechaliśmy 170 km.
Niestety tylko nam udała się miła i bezpieczna wycieczka, ale taka
miała przecież być.
GS-owcy wrócili z mocnymi wrażeniami. Jeden GS
1200 zatopiony po szyję motocyklisty w strumieniu górskim. Na
szczęście uratowani i wysuszeni odpalali jak przed kąpielą zarówno
GS-owóz, jak i woźnica. Drugi kolega na GS 650 złamał rękę przy
glebowaniu. Ogólnie straty lajtowe.
Gorzej powiodło się grupie jadącej na orientację.
Konkurs odbywał się trójkami i jeden prowadzący swoich kolegów jadąc
z mapą hamował do punktu kontrolnego a jadący za nim widząc, że się
nie wyrobi, odpuścił heble i pojechał dalej. Ostatni niestety jechał
za szybko, zjechał na nierówne pobocze, stracił panowanie nad
Hajabusą i przekoziołkował do rowu.
Z relacji uczestników zdarzenia motocyklista złamał łopatkę, żebra i
żuchwę. Pasażerka bez szwanku a Hajabusa na szrot.
Opinie kolegów po tych zdarzeniach były jednomyślne, jazda w grupie
nawet trzyosobowej wymaga szczególnej koncentracji, obserwacji
otoczenia, w tym uważnej obserwacji poczynań współpodróżników.

Po tym pełnym
wrażeń dniu wieczorem odbyła się wspólna zabawa.Szczególnie
rozbawiło nas ubranie uczestników w garnitury zlotowe zamiast
koszulek. Po przebraniu wyglądaliśmy wszyscy jak goście weselni
ubrani w salonach Pier Lumpeks.

Zabawa trwała do rana, jak zwykle na
zamknięcie -mimo wszystko udanego, słonecznego i pełnego wspaniałych
wrażeń sezonu motocyklowego.

Niedzielny powrót do
domów spokojny, jedni po śniadaniu a zawołani tancerze po obiedzie.
|