|
III Edycja
Rankingów : |
Moto-Turysta Roku 2006 * Krążownik Szos 2006
* 01.04.2006 - 01.10.2006 |
|

|
RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 012 / 2006 / ZLOTY |
|
|
|
|
|
Tytuł
wyprawy / nazwa zlotu :
ZLOT BLUE KNIGHTS BELGIUM IX
Organizator zlotu :
Klub Blue
Knights Belgium IX
Data zlotu :
12- 14 maja 2006
Uczestnik wyprawy / Kierowca : Paweł z Wronek
(Moto-Turysta nr 054)
Uczestnik wyprawy / Pasażer :
Kasia
Krążownik Szos : BMW K1200LT
Przejechany dystans : 2652 km
|
|
DATA
WYPRAWY :
data rozpoczęcia : 10.05.2006
data zakończenia : 15.05.2006
data nadesłania relacji : 16.05.2006 |
PRZYZNANE PUNKTY :
Moto-Turysta 2006 : 2952 pkt (300 + 2652)
Krążownik Szos 2006 : 2652 km |
OPIS TRASY
WYPRAWY :
Wronki (miejsce zamieszkania)
Kemmel
-
Belgia (punkt
docelowy wyprawy)
Wronki /miejsce
zamieszkania/
|
|
|
Wyjazd
na zlot do Belgii zaplanowaliśmy już w ubiegłym roku. Kasę
przelaliśmy w lutym tego roku i z niecierpliwością czekaliśmy na
dzień wyjazdu. Z uwagi na fakt, że od miejscowości Kemmel, gdzie
miał się odbyć zlot, dzieli na przeszło 1000 kilometrów podróż
podzieliliśmy na dwa etapy, z których pierwszy to dojazd do
Holandii.

Szefowie
chapterów na zlocie
/fotografia
dokumentująca odbycie wyprawy/
|
|
Wystartowaliśmy
z Wronek z środę 10 maja, przed Świeckiem spotkaliśmy się z Jackiem,
który na swojej NTV-ce miał nam towarzyszyć przez cały wyjazd.
Przekroczenie granicy nie nastręcza trudności a potem już tylko
jazda. Ustawiamy prędkość motocykli na 130 km/h i gnamy przed
siebie. Nie będę się rozpisywał na temat przejazdu niemieckimi
autostradami, bo mija się to z celem.

W
Holandii mieliśmy zatrzymać się u naszego przyjaciela Joop’a, który
jest Prezydentem holenderskiego chapteru klubu Blue Knights
Netherland II. Miejscowość Urmond, gdzie mieszka Joop, znajduje się
obok Maastricht. Umówiliśmy się na granicy niemiecko –
holenderskiej, ale nikt na nas nie czekał. Pojechaliśmy więc dalej i
na przeciwnym pasie autostrady zobaczyliśmy Joop’a i Pierre’a,
którzy spóźnili się, bo miał tam miejsce wypadek drogowy. Po chwili
oczekiwania dotarli do nas i razem pojechaliśmy do Urmond.
W
czwartek ramo po śniadaniu pojechaliśmy motocyklami do firmy
transportowej, w której pracuje Polka. Ewa pomogła nam kiedyś w
sprawie przesyłki z Holandii do Polski.

Porozmawialiśmy, wypiliśmy kawę i wręczyliśmy jej drobny upominek.
Potem Joop i Pierre obwieźli na po okolicy Maastricht.
Zaliczyliśmy też wizytę u tamtejszego dealler’a BMW, gdzie był
praktycznie pełen asortyment motocykli – praktycznie, bo nie było
LT-ka!!! W okolicach Maastricht znajduje się cmentarz żołnierzy
amerykańskich, którzy polegli podczas II Wojny Światowej na
kontynencie europejskim. Nekropolia jest bardzo zadbana. Ciekawostką
jest fakt, że stanowi terytorium Stanów Zjednoczonych, tak więc
byliśmy w USA bez wiz!!!
|
|
 |
 |
|
Po
powrocie do domu przesiedliśmy się do samochodu i pojechaliśmy
zwiedzić Maastricht.
|
|
Miasto
jest znane przede wszystkim z podpisanego w 1992 roku Traktatu o
Unii Europejskiej. Warto jednak pamiętać, że jest to najstarsze
miasto w Holandii. Mogliśmy pospacerować pięknymi wąskimi uliczkami,
zobaczyć most nad rzeką Mozą wybudowany jeszcze przez Rzymian i
zajrzeć do najstarszego w mieście kościoła.
Wieczorem
już tylko posiłek, parę piw i spać. Pokręciliśmy się motocyklami
przez 86 kilometrów a następnego dnia wyjazd do Belgii. |
 |
|
W
piątek o godzinie 10:30 wystartowaliśmy z Urmond. Jechaliśmy z
Joop’em na RT oraz Pierre’m na FJR. Tankowanie paliwa odbyło się w
Belgii, bo jest znacznie tańsze niż w Holandii. Dla naszych
przyjaciół wyjazd po paliwo do Belgii nie stanowi problemu, bo
granica przebiega około 60 metrów od ich domów!!! Belgijskie
autostrady są chyba nieco lepsze niż niemieckie a co za tym idzie
znacznie lepsze niż w Polsce. Ominęliśmy Brukselę i skierowaliśmy
się na Lille a przed granicą belgijsko – francuską mieliśmy skręcić
w prawo. Niestety Joop’a GPS nieco zawiódł i znaleźliśmy się we
Francji!!! Z obwodnicy Lille skierowaliśmy się na północ i znowu
byliśmy w Belgii. Przed godziną 16:00 po przejechaniu 314 kilometrów
dotarliśmy do ośrodka De Lork w miejscowości Kemmel, gdzie odbywał
się zlot zorganizowany przez Blue Knights Belgium IX.

Byliśmy
jednymi z pierwszych gości, jacy dojechali na miejsce, ale potem
pojawiali się kolejni. Dominowali oczywiście Belgowie, ale bardzo
liczni byli również Anglicy. Po rozgoszczeniu się w pokoju poszliśmy
na kolację. Ten wieczór stał pod znakiem zapoznawania się, co nie
przeszkadzało imprezowaniu. Spotkaliśmy tam Anglika, który doskonale
mówił po polsku – okazało się, że rodzice Jerzego pochodzą z Polski
i po II Wojnie Światowej pozostali w Anglii. On jako chłopiec
uczęszczał do polskiej szkoły. |
|
Na
sobotę Belgowie przewidzieli parę atrakcji. Po śniadaniu udaliśmy do
ośrodka pomocy społecznej, gdzie Prezydent Blue Knights Belgium IX
przekazał na ręce kierowniczki symboliczny czek na 750 euro. Jak już
wspominałem klub Blue Knights na całym Świecie działa charytatywnie.
Następnie podzielono nas na dwie grupy i każda udała się na
wycieczkę po okolicy – mieliśmy spotkać się na obiedzie. My
pojechaliśmy na lotnisko, gdzie mogliśmy polatać małym helikopterem.
Normalnie taki lot kosztowałby 45 euro od osoby a dla nas koszt
wynosił 10 euro, resztę pokrywali Belgowie – to była ta
niespodzianka. Trochę czasu tam spędziliśmy, bo na pokład wchodziły
3 osoby + pilot a chętni byli prawie wszyscy. Dla Kasi był to
pierwszy lot w życiu – bardzo jej się podobało, ale mam nadzieję, że
nie będziemy musieli zamieniać LT-ka na jakiś helikopter...

Plan
wyjazdu był na tyle przemyślany dla naszej grupy, że dopiero po
locie helikopterem pojechaliśmy na obiad. Tam spotkaliśmy się z
grupą drugą, która była już po obiedzie, ale jeszcze przed lotem – o
czym nie wiedzieli a my mieliśmy przykazane, aby mówić, że ...
jeździliśmy konno.
Następnie odwiedziliśmy cmentarz żołnierzy niemieckich poległych
podczas I Wojny Światowej. Co ciekawe na wielu nagrobkach widniały
ewidentnie polskie nazwiska. Na tle widzianego przez nas w Holandii
amerykańskiego cmentarza oraz później dwóch angielskich, nekropolia
niemieckich żołnierzy jest strasznie zaniedbana. Nawiasem mówiąc, w
całej okolicy znajduje się mnóstwo cmentarzy z obu wojen ubiegłego
stulecia.
|
 |
Po wizycie w
niewielkiej knajpce wróciliśmy do naszego ośrodka. Tam czekała na
nas kolejna niespodzianka – pożar!!! Na nasze szczęście były to
ćwiczenia, o których oczywiście nie wiedzieliśmy. Muszę przyznać, że
całość wyglądała niesamowicie realnie – był dym, lała się woda,
strażacy biegali w pełnym rynsztunku z aparatami tlenowymi na
twarzach a ranni krwawili i byli poparzeni. |
|
Po
kolacji odbyła się oficjalna część, podczas której powitano
wszystkie przybyłe chaptery klubu Blue Knights. Okazało się, że
przebyliśmy na zlot najdłuższą drogę, otrzymaliśmy za to osobne
oklaski i podziękowania. Była to pierwsza wizyta chapteru z Polski
na zlocie w Belgii. Pozostali goście przybyli z Anglii, Walii,
Szkocji, Holandii, Niemiec i oczywiście z innych chapterów z Belgii.
Dużym zaskoczeniem dla nas był brak Francuzów. Dokonaliśmy wymiany
upominków. Wieczór upłynął pod znakiem zabawy.

W
niedzielę Joop i Pierre wyjechali wcześniej niż my. Na szczęście nie
żegnaliśmy się na długo, bo w pierwszy weekend czerwca spotkamy się
na zlocie w Kaliszu. Spakowani pożegnaliśmy się z gościnnymi Belgami
a następnie przez Gandawę i Antwerpię dotarliśmy do Eindhowen w
Holadii a stamtąd do Duisburga w Niemczech. Zatrzymaliśmy się w
niewielkiej miejscowości Havixbeck obok Munster, gdzie mieliśmy
spędzić noc u naszych niemieckich znajomych. Tego dnia pogoda
chciała nam spłatać figla, ale jakoś szczęśliwie nie padało a
odcinek drogi między Holandią a Niemcami był już suchy, choć nosił
ślady niedawnych opadów.
Odległość między belgijskim Kemmel a niemieckim Havixbeck wyniosła
432 kilometry, co zajęło nam na tyle niewiele czasu, że mogliśmy
pojechać razem z Marianne i Hartmutem do Munster. Miasto jest
przyjemne, mogliśmy zobaczyć tamtejszą katedrę oraz nieco
pospacerować. Po powrocie do domu gospodarze przygotowali grilla.
Czas mijał mile, ale trzeba było iść spać, bo następnego dnia czekał
nas powrót do domu.

Po
śniadaniu i krótkim pakowaniu Marianne i Hartmut pilotowali nas do
zjazdu na autostradę a potem już sami zaczęliśmy powrót do Polski.
Pogoda dopisywała, choć było dość chłodno. |
|
Im
bliżej Berlina, tym było pogodniej i cieplej. Już wcześniej byliśmy
umówieni na krótki postój w Firstenwalde, 30 kilometrów od przejścia
w Świecku, gdzie mieliśmy spotkać się z moim kolegą z niemieckiej
policji autostradowej. Hanjo stanął na wysokości zadania i na
zjeździe z autostrady czekał na nas oznakowany radiowóz policyjny.
Podczas krótkiej przerwy w jeździe mogliśmy zobaczyć jak pracują
niemieccy policjanci z byłej NRD – cóż, jeszcze nam trochę do nich
brakuje. Hanjo poczęstował nas kawą z ciachem i ruszyliśmy w
kierunku granicy. |
 |
|
Po
polskiej stronie pożegnaliśmy się z Jackiem, gdyż nie planowaliśmy
się więcej zatrzymywać. We Wronkach byliśmy o 18:00 po przejechaniu
725 kilometrów.

Jak
wspomniałem była to nasza pierwsza wizyta w Belgii i Holandii.
Jesteśmy pod dużym wrażeniem tych państw. Ponownie poznaliśmy wielu
wspaniałych ludzi, których łączy motocyklowa pasja. Przekonaliśmy
się również, że możemy liczyć na starych przyjaciół. Motocykl nas
nie zawiódł – jednak LT-ek to prawdziwy Krążownik Szos. Spalanie 6
litrów paliwa na 100 kilometrów przy prędkości 130 km/h z pełnym
obciążeniem + 50 litrowy wór na relingu uważam za zadowalające. No i
nie bierze oleju!!!
Sądzę, że
jeszcze kiedyś zawitamy do Belgii.
|
|
Zapraszam do
obejrzenia zdjęć z wyprawy:
> galeria zdjęć <

Pozdrawiamy,
Kasia i Paweł
(M-T 054)
|
|