|
III Edycja
Rankingów : |
Moto-Turysta Roku 2006 * Krążownik Szos 2006
* 01.04.2006 - 01.10.2006 |

|
RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 011 / 2006 / ZLOTY |
|
|
|
|
Tytuł
wyprawy :
HOT RODS @ Drayton Manor Park
Uczestnik wyprawy / Kierowca :
Kuba vel. Joebar
Moto - Turysta nr 120
Krążownik Szos :
Honda CBR 1100 XX
Super Blackbird
Ilość przejechanych kilometrów :
385 km
|
|
DATA WYPRAWY
data
rozpoczęcia : 13 maja 2006
data
zakończenia : 14 maja 2006
data nadesłania relacji : 15 maja 2006 |
|
PRZYZNANE PUNKTY
Moto - Turysta 2006 : 685 pkt (300 + 385)
Krążownik Szos 2006 : 385 km
|
|
OPIS
TRASY WYPRAWY
Londyn (miejsce zamieszkania)
Tamworth
k/Birmingham
(punkt
docelowy wyprawy)
Londyn
(miejsce zamieszkania)
|
|
|
|
|
|

/fotografia dokumentująca odbycie wyprawy/
|
|
W
piątkowe popołudnie w pracy dostaję zlecenie na weekend :
"Jedź na NASC
Neil Springnats w Drayton Manor Park k/Birmingham i wręcz nagrody
zwycięzcy w imieniu Ace Cafe London".
Nic mi to zbytnio nie mówiła, ale najważniejsze, że znów można
nawijać kolejne milo-kilometry i przy tym odwiedzić imprezę na
jakiej jeszcze nie jakiej jeszcze nie byłem. Żebym się przypadkiem
nie przepracował na tej odpowiedzialnej delegacji, wraz ze mną
jedzie sam Minister Kultury i Rozrywki "Gwidon".
Słońce dopisuje, zbiorniki pełne, nastroje pozytywne -tylko nasze
Kobiety stoją? nerwowo w progu domu z założonymi rękami i wykrzykują
jakieś niezrozumiałe teksty o ukracaniu nam smyczy po powrocie, itp.
Ale to dopiero po powrocie...
|
|
Ruszamy na
autostradę żeby utrzymać lockersowy klimat, oboje wciągamy na głowy
kaski orzeszki Davida, gogle, okulary i bandamy. O ile do Electry
styl ten jeszcze w pewnym sensie pasuje, o tyle ja na XX-ie w takim
wdzianku prezentuję objawy jakiejś dziwnej choroby o podłożu
psychologicznym... Okulary utrzymują się na moim nosie przez około
30 sekund. Kiedy wskazanie na budziku mija 160 km/h, okulary
najzwyczajniej odlatują w sobie tylko znanym kierunku z prędkością
światła, pozostawiając mnie bez niczego na oczach. Ciekaw jestem kto
z was jechał 160 km/h z gołą głową -polecam !
Nie wiedzieliśmy zbytnio jak się nam będzie razem
jechało w trasie -no bo to legendarny Harley i Blackbird, czyli
całkiem inne style i prędkości. Ku mojemu zdziwieniu trasa układała
się pięknie... Electra po Stage 1 idzie jak pocisk, więc
wskaźniki ustawiliśmy na 150 km/h i w ten oto sposób XX był syty i
Electra cała.
Na miejsce dotarliśmy około godz. 20:00. Przy wjeździe na
teren imprezy pojawił się mały problem, bo nikt nie wiedział za
bardzo skąd my jesteśmy i czy nas wpuścić, czy też od razu nakarmić
nami dobermany. Poczuliśmy klimacik jak za dawnych czasów na
granicy: budka strażnika, problemy, telefony, groźne
spojrzenia, a wszystko to po to żeby po 20 minutach wpuścili nas do
środka i traktowali z szacuneczkiem godnym gości z Komitetu
Centralnego.
He, he, he - czyli VIP-stwo cała gębą - nie dla nas bilety
wstępu !!! Dostajemy opaski na nadgarstki i vademecum harcerza -
czyli gdzie jest kibel i bar, a raczej bar i kibel.
Łamiąc wszelkie zasady skauta, obozowicza, członka PTTK i zdrowego
rozsądku, rozbijamy się pod drzewem mimo krążących dookoła chmur,
możliwego deszczu i burzy. Namiocik rozkłada się szybko, motorki
zapinamy pod konarem drzewostanu, a sami dryfujemy do baru !
|
|
Bar jest i to
dobrze zaopatrzony, mało tego jest jeszcze dyskoteko-zabawa (nie
znam słownictwa z tej dziedziny życia, bo nie uczęszczałem na
potańcówki. Tego typu imprezy znam tylko z opowieści babci i kronik
policyjnych miasta Bełchatów.
Przypomina to taką zabawę country-rockową. Ludzie tańczą jakiś znany
im tylko lokalny, grupowy układ. Muzyka jest grana od country, przez
lata 80-te, aż po 90-te. Re-we-la !
Po chwili toniemy w Jacku Danielsie
- bul, bul, bul, bul,
bul .... |
 |
|
Ranek wita nas godziną 9:30 i zasranymi motocyklami.
Nad naszymi motorami ktoś z gałązek spuszczał: klocki, batony,
kleksy, sraki i inne odmiany ptasich odchodów -uuuggghhhh!
Chcieliśmy na szybko pożyczyć od kogoś wiatrówkę, ale towar ten
okazał się deficytowym na tym kempingu. Zostało nam zrobienie procy
z majtek i przystąpienie do ptasiej wojny.
Uderzamy do miasta Tamworth w poszukiwaniu English Breakfast - i co?
I nic! Wszystko pozamykane, bo to niedziela rano. Kończymy marnie w
McDonaldzie - niech mi ktoś powie, dlaczego jak zamawiam "large
sandwich", to dostaje coś takiego, co mi się zamyka w dłoni i
kurczaka ma w sobie tyle, co ja na przykład ???
Poranek był cichy, w głowach szumiało, motocykle były 2 razy cichsze
niż wczoraj. Co chwile jakieś poślizgi koła, potyczki, gaśnięcia
motocykli, zostawianie kluczyków w stacyjce - no nie szło nam
totalnie !

Wracamy na pole namiotowe, zbroimy się w cuda techniki rejestrujące
wizję i dźwięk.
Mieszamy się w tłum - to jak podroż w inny świat! Wow!!! Trochę
klimatu widać na zdjęciach, lecz ryku V8-ki, nie da się opisać
słowami. My mężczyźni mamy to do siebie, że lubimy utożsamiać
swoje pojazdy do kobiet. V8-ka pracująca na wolnych obrotach kojarzy
mi się z kobietą nocą, która wydaje delikatne dźwięki, kiedy
mężczyzna ją pieści tu i tam. A gdy już zaskoczy na wysokie obroty
przeobraża się tak: BITCH FROM HELL - i już po Tobie...


|
|
 |
Wkrótce
następuje wręczenie nagród, czyli pora na odbębnienie zadania
domowego. Po wykonaniu ciężkiej pracy, pikujemy do Londynu.
Na liczniku przybyło 385km do oryginalnego przebiegu.
Dzięki temu wyjazdowi zrozumiałem i poznałem trochę lepiej ludzi
związanych z nurtem Hot Rods. Ludzie Ci są niesamowicie
ogarnięci swoją pasją, mają klasę, są na maxa pozytywnie zakręceni.
Nie mogę już się doczekać czerwcowych Hot Rod Ace Cafe!
|
|
Pozdrawiam
:
Kuba vel. Joebar
( Moto-Turysta nr 120 )
|
|