III Edycja Rankingów :

Moto-Turysta Roku 2006  *   Krążownik Szos 2006  * 01.04.2006 - 01.10.2006

 
 

 


RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 008 / 2006 / TURYSTYCZNE  WOJAŻE


 


 

DATA WYPRAWY
data rozpoczęcia : 22.04.2006
data zakończenia : 23.04.2006
data nadesłania relacji : 02.05.2006

PRZYZNANE PUNKTY 
Moto - Turysta 2006 : 1369 pt. (1069 + 300)
Krążownik Szos 2006 : 1069 km


OPIS TRASY WYPRAWY 
Londyn / GB
 (miejsce zamieszkania)

SNOWDONIA (punkt docelowy wyprawy)

Londyn / GB  (miejsce zamieszkania)
 

Tytuł wyprawy :
"WALIA ZAKRĘTALIA"

Uczestnik wyprawy / Kierowca  :
Kuba vel. Joebar
Moto - Turysta nr 120

Uczestnik wyprawy / Pasażer :
B
oshenka

Krążownik Szos :
Honda CBR 1100 XX Super Blackbird

Przejechany dystans :
1 069 km

 
SNOWDONIA (Walia)

       Piękny Słoneczny poranek, umyłem XX’a, nasmarowałem łańcuch, sprawdziłem poziom oleju (niewzruszony od 2000 km), przypiąłem bagaże i… wyskakuje ta jędza z domu obok!
„Z mordą” na mnie i mój motocykl, że ona telewizji nie może oglądać! Tak w ogóle naśle na mnie prawnika, który ukarze mnie grzywną i zabierze motocykl. A idź ty małpo wredna, musiałaś mi, spieprzyć taki piękny poranek?! Wytłumaczyłem jej, że nie chce mi się z nią gadać i że jej Fiat Brava tez robi mnóstwo hałasu i budzi mnie w środku nocy (guzik prawda). Uggghhhh… zakała jedna!
      Godzina 10 i na koń! Tankujemy, a rachunek zachowuję na później – tak się zaczął pomiar spalania XX’a, na trasie liczącej 1068,5 km.

Autostrada M4 i kierunek Bristol...
Trasa jak to trasa, ale ciąć się nie dało, bo tabuny Angoli z kempingami, dzieciarnia i cholera wie, z czym jeszcze również uderzyli zgodnym hasłem – śpiewanym niegdyś przez PetShopBoys „GO WEEEEEEEEST!!!” Dobijamy na services k/Bristolu, aby machnąć kawkę z Ministrem Kultury i Rozrywki Sir Gwidonem. Jako amulet na szczęście dostajemy od Gwidka 3 paczki chipsów z Niebieskiego Chipsownika – chciał nam ofiarować 3 europlety serowo-cebulowych, ale już nie mieliśmy miejsca.

Kierunek Cardiff...
Od wakacji dzieliło nas jeszcze tylko wykonanie misji „Roof Boxer” – gdyż Bożenka wygrała na Ebay-u kask do odebrania w Cardiff. Oczywiście nie obyło się bez przygody. Ulice znaleźliśmy, ale trudniej okazało się z numerem domu – miał być 55, a do koła tylko 53 i 57. Trzydzieści minut dreptania dookoła i się znalazł! Kask też – taki jaki miał być – a stary ląduje w koszu.
 

Obieramy kierunek na Brecon Beacons....
Drogi stają się lepszej jakości, przybywa zakrętów i motocyklistów. Pojawiają się pierwsze górki i jeziorka. Pilnuje, aby nie przekraczać zbytnio prędkości, bo według informacji pozyskanych od miejscowych, policja jest w tym kraju strasznie napalona na bikersow i podobno „nie ma zmiłuj” - a mandaty drogie. Z drugiej strony to wcale nam się nie spieszy, bo widoki są przepiękne, tylko XX ciągle wyrywa do przodu. Przystajemy tu i tam pstryknąć fotki – zdjęcia byłyby ładne, tylko pogoda jakaś taka dziwna. Powietrze mało przejrzyste i kolory wyblakłe, widać wiosna jeszcze tutaj dla roślin nie zawitała

– w przeciwieństwie do zwierzątek, które namnożyły się jak króliki – a przecie to owieczki. Jedyną pamiątka z tych terenów jest kłębek wełny prosto z baraniego zada.
 

DOSYYYYYYĆ!!! – tych głównych dróg...
Pora na drogi zaznaczone na mapie na biało, czyli cos w stylu „nie wiemy za bardzo gdzie jedziemy i albo to jest droga albo dojazd do chałupy sołtysa”. Nam się michy jarzą, tylko wyraz XX’a posmutniał, bo musiał zacząć pracować tylko na dwóch pierwszych biegach. Zrobiło się bardzo swojsko i sielankowo – poczuliśmy się, jak Charlie Boorman i Ewan M. w LONG WAY ROUND - tylko my i przyroda... Nawet asfalt w tych pięknych stronach  był położony inną techniką. Normalnie to przyjechałyby spychacze i wyrównałyby podłoże, zniwelowały górki, a pan inżynier patrzyłby czy równo kładą.

Tutaj technologia wyglądała nieco inaczej... Nawierzchnia drogi wyglądała tak jakby po tych łąkach jechał Land Rover, a robotnik zrzucał z niego asfalt, poczym następnych dwóch ugniatało go szpadlami. Co? Górka jakaś? No to wajcha w dół, 4x4, gaz w podłogę i do przodu. Serio! Jak przed górkami dodawałem gazu to mnie wyrzucało na jedno kolo, zakręty po 90stopni, a nawet i prawie 360. Aha, szerokość drogi to tak akurat na XX’a - po prostu szok. Zajęło nam ok. 3 godziny, żeby przejechać przez tą dolinę – widoki przepiękne! A spalanie po tym odcinku skoczyło do… ach… nie ważne…
         Tutaj warto wspomnieć o ulubionym sporcie Walijczyków. Sporty są różne w rożnych krajach. Np. Rosjanie jeżdżą po pijaku, Polacy są the best w wyprzedzaniu na trzeciego, Holendrzy oddają piękne skoki do kanałów, a Walijczycy… uwielbiają dachowania i spadki w przepaści. Na dowód tego dodam, że po drodze mijaliśmy 2 takie zdarzenia. Najciekawsze było Saxo – skubany uderzył w bandę (skałę) i koziołkował spory kawałek po drodze (że też się utrzymał?), a po drodze pogubił wszystko co tylko było można: tłumik, katalizator, ze dwa kola, wszystkie listwy, olej, zderzaki, itp. Urobiony jak po całym dniu kopania Babci ogródka, padłem na trawniku przed supermarketem i kazałem sobie wlać RedBulla przez dziurki od nosa i wepchnąć „doodbytniczo” snickersa – podziałało! Jedziemy dalej! Wylądowaliśmy we wsi przez duże ‘W’ - ale pocztę mieli. Zadaliśmy miejscowym dzieciakom retoryczne pytanie – „Czy pracują tu jacyś Polacy?” Sami sobie odpowiedzcie...
 


Dalej uderzamy na Devil’s Bridge...
Logujemy się na campingu (8.50 GBP za moto + 2 osoby). Przyznać trzeba, że mało turystów o tej porze roku. Porzucamy bagaże i piłujemy nad morze do… Aber… no nie pamiętam tych walijskich nazw na cholerę!!! Najfajniejsze miejscowości przez jakie się przebiliśmy to były: CEFM CWC, GWRHYD i inne podobne. Nawet nie ma jak się zapytać o drogę, no bo co ja powiem? Jak dotarliśmy na plażę, to zapanowała ciemność, znana jako noc w potocznym słownictwie. Mimo tej ciemności znaleźliśmy Pizzerie i objedliśmy ją do cna – takie mieliśmy apetyty. Potem powrót do namiotu i spanie / chrapanie / przewalanie / nosem pociąganie / kichanie / leniuchowanie… i tak to 11:00 dnia następnego.

Rano przespacerowaliśmy się na tzw. Three Bridges. Pod tą tajemniczą nazwą kryją się dokładnie 3 mosty. Nie wiemy jeszcze o co chodziło w sensie historycznym z tymi mostami, ani jaką legendę wymyślili do tego spece od marketingu w tutejszym urzędzie miasta, ale widać co widać na załączonych zdjęciach – 3 mosty jak w mord… strzelił. Zresztą zagłębianie się w baśnie i legendy zostawmy dla Pana Marka ze Świata Motocykli – wiecie, my Blackbirdowcy po prostu stawiamy „tick” na mapie i napieramy / teleportujemy się dalej.

Kierunek SNOWDONIA...
Snowdonia - kraina o nazwie bardzo baśniowej, była ostatnim z celów naszej podróży. Bardzo dobrze, że zdążyłem zapiąć kask pod brodą, bo inaczej zgubiłbym szczękę – widoki zniewalające - zakrętasy i super pogoda! Przez otaczającą naturę czuliśmy się rozpieszczeni do granic możliwości. Zasięgu na komórce nie było już od 100 km, ale łączność ze światem zapewnia tutejsza TP S.A. Znów po 100 km czujemy się znudzeni i szukamy przygód „Z dala od szosy”. Skręcamy w lasy i suniemy 20 km/h poprzez mosty, nad strumieniami, przez wioski, ech…

Napotykamy gospodarstwo w środku lasu, które prowadzi pani Christine. Przez otwartą okiennicę można kupić prosto z kuchni herbatkę, ciasto prosto z piekarnika, a po ogródku pasają się kolorowe ptaszki i fruwają koniki… Wróć! Koniki się pasą, a ptaszki fruwają –teraz dobrze. Żegnamy się z gospodarzami i suniemy dalej. Kończą się lasy, droga wspina się coraz wyżej. Tu już panuje klimat bardzo surowy. Rosa tylko mchy, porosty, trawy i owieczki. Pokonujemy ok. 50 km trasy na drugim biegu, przez łąki i wyżyny, z których podziwiać można cały krajobraz SNOWDONI !!!



"WALIA ZAKRĘTALIA"
- nawet drzewa są tutaj zakręcone ...

(fotografia dokumentująca odbycie wyprawy)

Niesamowity, zapierający dech w piersiach obraz pustki, przestrzeni, gór i surowego klimatu. Coś jak Mongolia kurcze... Wizytę w cudownej krainie kończymy nad jeziorkiem łapiąc ostatnie promienie Słońca.
 

Kierunek Londyn ...
Jest godzina 18:30 a do domu mamy ok. 500 km – i tu zaczęła się mordercza trasa w kierunku Londynu. Ponad 200 km zakrętów, którymi już wymiotowałem, bolały mnie ręce, ramiona, nadgarstki i szacowna DUPA!!! Mile przekręcały się jak szalone, a zakrętów nie było końca…i tak przez 3 godziny aż do tablicy „Motorway M4 6miles” – UFFFFF… Po Walii jeździłem okropnie zastraszany, bo na każdym kroku policja z mandatami – teraz na M4 czułem się jak u siebie, więc wskazówka bujała się między 100 - 130 mph. Sielanka nie trwała długo, bo niebo się otworzyło i wypadły z niego żaby – czas wskoczyć w kombinezony z LIDLA (9.99GBP). Po odpowiednim dociągnięciu rękawów, sznurków, tasiemek i sznurówek okazało się, ze XX to niezły wodolot – i sunie tak samo szybko jak po suchym – tylko Angole się wlekli jakby to była jakaś parada Królowej, a nie autostrada.


Do domu dotarliśmy równo o 24:00 – taki byłem wymordowany, że motocykla nie mogłem wepchnąć do ogródka – walił się (a może „Walil”) na boki i robił ze mną co chciał – potrzebna była pomoc Bożenki. Rano tylko przeszedłem koło XX’a i spojrzałem na tylną oponę – kurde, zjechana po środku na równo. Co ja powiem chłopakom? Nie uwierzą przecież w te wszystkie zakręty… No nic, zabieram się za papier ścierny i będę ją jechał po bokach, żeby na piątek była gotowa...
 

 

GALERIA > zapraszam do obejrzenia zdjęć z wyprawy < GALERIA

 

 
Pozdrawiamy,

Kuba vel Joebar & Boshenka

( Moto-Turysta nr 120 )