|
W środę odebrałem sprzęta
z naprawy a ponieważ pogoda wyjątkowo nastrajała
do jakiegoś wypadu za miasto, nie wypadało nic innego jak zabrać 4
litery w troki
i gdzieś się zrolować.
Ostatnio mam awersje do przemieszczania się autostradami,
wiec wybór padł na Rumunię.

Tradycyjnie pojechałem sam, no bo wicie, rozumiecie...
Jestem juz zmęczony bajerami tych pseudo "motocyklistów" o tym,
że akurat w tym tygodniu nie, no bo np. zupa była za słona.
Zresztą po co jechać, skoro można poszpanować przed knajpą.
Ale do rzeczy…

Wyjechałem w piątek po pracy około 16.30, zanocowałem w okolicach
Koszyc na Słowacji. Przeżywałem wówczas dramat osobisty, gdyż nie
mogłem pić piwa, momentalnie po spożyciu 2 browców dostawałem zgagi.
Strasznie nad tym faktem ubolewałem,
ten szary świat sparszywiał dla mnie do końca...
Przejazd przez Węgry, to czas około dwóch godzin, z przerwą na
oddanie moczu.
Do przejścia granicznego Csenger- Satu Mare, dotarłem w godzinach
popołudniowych.
I tutaj spotkała mnie mila niespodzianka -zero kolejki, nikt na
nikogo nie wrzeszczał,
nikt nikogo nie szarpał, chłopaki w mundurach nawet łapówki nie
chcieli.
Widać ze Romki do Unii idą...

Po przekroczeniu granicy
rumuńskiej, wziąłem azymut na miejscowość o nazwie bliskiej sercu
naszym politykom- DEJ, stamtąd boczną drogą jechałem do Tirgu
Mures.
Mijane wioski to takie skanseny, do tego fajnych kobitek jak na
lekarstwo. Ciemne to jakieś, chustami okutane, szkoda gadać.

Po 10 godzinach telepania się, postanowiłem złożyć swe stare ciało
do wyra.
Zakoczowałem w czymś, co nazywało się motel, lecz jako żywo
przypominało
to mieszkanie niejakiego Balcerka z " Alternatwy 4".
Gospodarz zjawił się ze szklanką bimbru -łyknąłem, zgagi nie było.
Zresztą, nie odmawia się poczęstunku, pod tym względem mam swoje
stalowe zasady. Koszt noclegu wyniósł mnie 3,5 Euro, czyli
warunki były adekwatne do wyasygnowanej gotówki. Dość powiedzieć, że
spałem w goreteksie, ale bez kasku.
|
|
W niedziele o 6 rano zwlokłem
się z barłogu (bo inaczej tego nazwać nie można)
i po godzinie byłem juz na trasie...
Po kilku chwilach dotelepałem
się do celu podroży, miejscowości Sighisoara.
Na miejscu sącząc lurę o nazwie kawa, posiedziałem z dobre pół
godziny na rynku, przy okazji bacznie rozglądając się na lewo i
prawo. Nie na kobiety rzecz jasna, chciałem coś zapamiętać z
matecznika
Vlada Draculi. |
 |
|

Sighisoara (punkt docelowy
wyprawy)
Wracałem przez Arad. Miskolc, potem przez słowackie kręte winkle.
Do chaty wróciłem po godzinie
23, gdzie czekała na mnie miła niespodzianka,
którą była moja żonka z pyszna kolacją.
Czekała na mnie !
Zacna z niej niewiasta...
|