|
III Edycja
Rankingów : |
Moto-Turysta Roku 2006 * Krążownik Szos 2006
* 01.04.2006 - 01.10.2006 |

|
RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 049 / 2006 / TURYSTYCZNE WOJAŻE |
|
|
Tytuł
wyprawy :
Akwedukty Puszczy Rominckiej
czyli
Wiadukty w Stańczykach
Uczestnicy wyprawy :
Ela & Piotr M.
Moto - Turysta nr 050
Krążownik Szos :
Suzuki GSX 1400
Krążownik Szos nr 050 b
Ilość przejechanych kilometrów :
746 km
|

fotografia dokumentująca odbycie wyprawy |
|
DATA WYPRAWY
data rozpoczęcia : 18 sierpnia 2006
wyprawa jednodniowa
data nadesłania relacji : 19 sierpnia 2006
|
|
PRZYZNANE PUNKTY
Moto - Turysta Roku 2006 : 1076 pkt
Krążownik Szos Roku 2006 : 746 km
|
|
OPIS TRASY
Józefów k/Warszawy (miejsce zamieszkania)
> Celestynów > Kołbiel > Mińsk Mazowiecki
> Łochów > Brok >
Zambrów > Łomża >
Szczuczyna > Grajewo > Ełk > Olecko >
Gołdap >
Stańczyki (punkt docelowy)
Józefów k/Warszawy (miejsce zamieszkania) |
|
|
|
|
|
|
Już od dawna planowaliśmy wypad
do Puszczy Rominckiej, ale jakoś nie udawało nam się tam dotrzeć.
Ponieważ dostałem w pracy dzień wolnego zdecydowaliśmy, że wypad do
Stańczyków nastąpi w piątek 18.08.2006. Zapowiedzi pogodowe były jak
zwykle takie sobie, miało być ciepło, ale spodziewano się także
deszczu, a nawet przewidywane były burze. Deszcz nie deszcz, decyzja
jednak zapadła i w piątkowy poranek wyruszamy z Józefowa o 8:00.
Poprzez Celestynów docieramy do Kołbieli, gdzie obieramy drogę
nr.50, biegnącą poprzez Mińsk Mazowiecki do Łochowa, Broku, Ostrowi
Maz. Tam skręcimy na 8-kę i skierujemy się do Zambrowa później do
Łomży, Szczuczyna, Grajewa i Ełku gdzie parę minut przed dwunastą
urządzimy postój i nareszcie coś zjemy, kiszki już nieźle grały nam
marsza!
Po 45 minutowej przerwie wznawiamy jazdę i kierujemy się na Olecko i
Gołdap, w której skręcimy w prawo na ostatni już etap podróży. Parę
minut przed 14-tą parkujemy motocykl w Stańczykach (uwaga na
drogowskaz umieszczony za wsią Linowo i skręt w prawo). Ostatni etap
podróży, ze względu na ilość zakrętów może się podobać każdemu
motocykliście. Sama droga przebiegła stosunkowo spokojnie, choć na
odcinku od Mińska do Łochowa były prowadzone prace drogowe i w
związku z tym w kilku miejscach ruch odbywa się naprzemiennie. Kilka
też razy musieliśmy awaryjnie hamować, ale poza przypływem
adrenaliny obeszło się bez większych konsekwencji.
Póki, co pogoda jest dobra, świeci słoneczko, temperatura oscyluje w
granicach 28ºC i wieje lekki wiaterek. Zostawiamy kaski pod opieką
pani sprzedającej bilety parkingowe (1zł za motocykl), wykupujemy
bilety wstępu (po 2zł od osoby) i napawamy wzrok widokiem dostojnych
wiaduktów, piętrzących się w tym niecodziennym miejscu.

Wysokość wiaduktów wynosi ponad
30m, długość ponad 150m (różne źródła podają inne dane), a ich
budowa zakończona została w roku 1926. Stanowiły one część linii
kolejowej Gołdap - Zytkiejmy -Gąbin, jednocześnie tworząc ważny
element w strategii militarnej, mówiącej o szybkim przemieszczaniu
się wojsk za pomocą transportu kolejowego. Do tej pory należy
podziwiać kunszt projektantów i wykonawców tej budowli.

Pomimo swoich rozmiarów,
wiadukty są bardzo smukłe a filary posiadają liczne elementy
ozdobne. W ówczesnych latach takie budowle świadczyły także o
zamożności państwa, w tym przypadku Niemieckiego. Po zajęciu tych
terenów przez wojska radzieckie tory kolejowe zostały rozebrane i
wywiezione (dobrze że zostawili chociaż wiadukty).

Obchodzimy cały teren,
docierając do przepływającej tam rzeczki Błędzianki, a potem
wspinamy się na górę i wędrujemy wiaduktami, podziwiając
roztaczające się dookoła widoki. Z wysokości wiaduktów oglądamy
korony drzew rosnących poniżej, a do naszych uszu dociera stłumiony
odgłos rzeczki. Budowla nosi już ślady upływu czasu i zapewne
niedługo będzie wymagała remontu.
Ciekawe tylko czy znajdą się pieniądze na ich naprawę?

Czas płynie nieubłaganie i
okazuje się, że już ponad godzinę podziwiamy wiadukty, a więc powoli
zbliża się pora wyjazdu. Nadal świeci słoneczko, choć zrobiło się
bardzo parno a na horyzoncie gromadzą się chmury, co zapewne
zwiastuje deszcz.
Po 15-tej wsiadamy na motor, i wyruszamy w drogę powrotną, po drodze
pstrykając jeszcze kilka fotek okolicy.
 |
|
Póki, co wracamy tą samą drogą,
aby w Grajewie odbić na drogę nr 61, która zaprowadzi nas do Piszu.
Tam krótkie spotkanie z synem, który po kilkudniowym pobycie w tym
mieście udaje się dalej nad morze i wyruszamy dalej. Wyjeżdżając ze
stacji benzynowej zaczyna kropić deszcz, choć jest on na tyle słaby,
że jezdnia jest jeszcze w miarę sucha. Tak, więc jeszcze nie
ubieramy „deszczówek”, a taki Status Quo utrzymuje się prawie
do Łomży, gdyż dopiero kilkanaście kilometrów przed tym miastem
ubieramy ubrania przeciw deszczowe. Jak się okazuje jest to słuszna
decyzja bo przed samą Łomżą zaczyna nieźle polewać, a na jezdni
momentalnie tworzą się kałuże. Deszcz powoli zanika w połowie drogi
do Zambrowa, choć jezdnia jest nadal mokra i z pełno na niej wody. W
samym Zambrowie chyba nie padało w ogóle, bo jezdnie są suche, ale
po paru kilometrach znowu zaczyna kropić i tak pozostanie już do
końca naszej wyprawy. Przy okazji serdecznie pozdrawiamy kierowcę,
chyba Opla Combo, który to nie zważając na fakt, że jest właśnie
przez nas wyprzedzany, wyjeżdża na lewy pas, którym my jedziemy i
zaczyna wyprzedzanie innego pojazdu. Na szczęście z naprzeciwka nic
nie jechało a jezdnia była na tyle szeroka, że udało nam się wyjść z
tej niebezpiecznej sytuacji obronną ręką. Deszcz ogranicza trochę
naszą prędkość jazdy, bo nie dość, że jest ślisko to jeszcze jadące
z naprzeciwka ciężarówki ciągną za sobą welony wody, przy okazji
nieźle nas ochlapując i utrudniając widoczność przez szybę kasku,
tym bardziej, że powoli się ściemniało. Zresztą już od Piszu
obserwujemy czarne burzowe chmury oraz wyładowania atmosferyczne,
jakie pojawiają się zarówno na zachód jak i na wschód od naszej
trasy. Wygląda na to, że tym razem, co prawda deszcz nas nie ominął,
ale uniknęliśmy jazdy w burzy. Za Łochowem na stacji BP urządzamy
sobie ostatni już postój, napijemy się czegoś ciepłego i
przegryziemy po czekoladzie. Przez Mińsk i Kołbiel dotrzemy do trasy
lubelskiej, którą dojedziemy na wysokość Otwocka i tam skierujemy
się w stronę domu. Ten ostatni odcinek wcale nie będzie łatwy, bo w
tej okolicy musiało być jakieś oberwanie chmury, gdyż cały czas
musimy omijać rozlewiska wody, jakie potworzyły się na jezdni a w
ekstremalnych przypadkach kontynuujemy jazdę po chodniku!
W domu zameldujemy się około 21:30, nieźle już zmęczeni, choć bardzo
zadowoleni z tego wypadu. Szkoda mi tylko motocykla, gdy patrzę na
niego oblepionego od góry do dołu błotem i piachem - niestety z
myciem poczeka do rana dnia następnego, a mnie jego mycie zajęło
ponad dwie godziny!
 |
|
Jeżeli ktoś
jeszcze nie dotarł do Stańczyków, to gorąco polecam wizytę w tym
miejscu, bo poza słynnymi już wiaduktami, na turystów czeka Puszcza
Romincka z nieskażoną przyrodą.
> zapraszam do obejrzenia zdjęć z opisanej wyprawy <
Pozdrawiam
wszystkich Moto- Turystów
Piotr
M.
Moto-Turysta 050

|
|