III Edycja Rankingów :

Moto-Turysta Roku 2006  *   Krążownik Szos 2006  * 01.04.2006 - 01.10.2006

 
 

 


RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 042 / 2006 / TURYSTYCZNE  WOJAŻE


 
 

Tytuł wyprawy :
Urlop nad Bałtykiem

Uczestnik wyprawy / Kierowca  :
WaFel
Moto - Turysta nr 047

Uczestnik wyprawy / Pasażer :
Madzia

Krążownik Szos :
Kawasaki GTR 1000 Concours
Krążownik Szos nr 047b

 

Data wyprawy :
data rozpoczęcia : 30.06.2006
data zakończenia : 09.07.2006
data nadesłania relacji : 24.07.2006

Przyznane punkty :
Moto - Turysta 2006 : 1830 pkt   (1530 + 300)
Krążownik Szos 2006 : 1 530 km

 

Opis trasy wyprawy :
Radom
 (miejsce zamieszkania)
Łazy (punkt docelowy wyprawy)

Radom  (miejsce zamieszkania)

 

 


fotografia dokumentująca odbycie wyprawy

 

 


    
W końcu urlop. Ale ma być taki wypoczynkowy pt. "nic-nie-robienie na maxa".
Pogoda od początku lipca dopisuje aż za bardzo, więc szybkie postanowienie: jedziemy nad morze -w końcu z 3 lata już tam nie byłem. Ponieważ wcześniejsze wyjazdy znacznie uszczupliły nasz portfel, szukamy taniej kwatery a jak się później okazuje te za 40 zł są fajne, ale do morza coś około 2 km.

W ferworze przetrząsania ofert przypominam sobie o zaprzyjaźnionym ośrodku Kopalni Węgla „Bogdanka” w Łazach, znajduję numer i po szybkim telefonie mamy ponad tygodniową miejscówkę za dużą flaszkę dobrej wódki.
Ponieważ luksusów w pokoju nie ma, ale za to jest czysto i schludnie. Piętrowe łóżka nie za bardzo mogą pomieścić moje 186 cm, długo nie kombinując przenosimy się z materacami na podłogę pomiędzy łóżkami.
Trochę się zapędziłem, przecież jeszcze nie dojechaliśmy...

       Podróż z Radomia przebiegała szybko i sprawnie, ale taka zwykła jazda bez zwiedzania? To nie dla nas! Pod wpływem TVP1 i jej popularno-naukowego programu Planetarium, nadanego dzień wcześniej około godziny 23.30, postanawiamy zboczyć nieco z trasy i pozwiedzać tzw. Kamienne Kręgi w miejscowości Odry w Borach Tucholskich.

   

Miejsc takich jest notabene w naszym pięknym kraju kilkanaście (większość na terenie północnej Polski), ale to jest największe i chyba najmniej znane. Motocykl parkujemy między drzewami tuż przy bramie, bambetle zostawiamy u miłego starszego Pana, który kasuje nas na całe 4 zł za wejście. Na tym terenie obejmującym obszar prawie 16 ha znajduje się 12 kamiennych nieregularnie rozmieszczonych kręgów. Ale jest to nieregularność pozorna…

 

Większość uczonych uważa, że kamienne kręgi Gotów spełniały funkcję plemiennego forum, na którym rozstrzygano sprawy publiczne i odprawiano religijne obrzędy. Niewykluczone też, iż stanowią rodzaj cmentarzyska dla plemiennej starszyzny. Są jednak badacze doszukujący się związku kręgów z astronomią i rachubą czasu.

 

Poza kamiennymi kręgami znajduje się tam małe oczko polodowcowe, niestety latem wyschnięte. Znaleziono tu resztki pomostu i spalone szczątki ludzkie. Być może oczko było miejscem pogrzebu tych, którzy nie zasługiwali na pochówek w ziemi lub pod kurhanem.

 

Byliśmy tam jedynymi zwiedzającymi i powiem szczerze, że było tam jakoś tak dziwnie. Madzia za to miała większą uciechę, ponieważ na całym terenie między drzewami jest pełno krzaczków z jagodami.

     Jedziemy dalej, zostało niewiele ponad 200 km a upał daje się we znaki. Dojeżdżamy do Łaz około 16, logujemy do pokoju i jak każdy porządny motocyklista, udajemy się do najbliższej knajpy oddalonej o 20 metrów od pokoju, w celu "zanabycia" ciemnego płynu zwanego irlandzkim piwem o nazwie Eire. Piwko po 3,5 za 0,5 l – jest kapitalne!
Z zimnym kuflem udajemy się na północ (całe 200 metrów), by przywitać się z morzem.

Następnych kilku dni nie będę opisywał, ponieważ pogoda skutecznie ostudziła nasz zapał do podróżowania motocyklem gdziekolwiek. 51 stopni na słońcu to trochę za dużo, a w krótkich spodenkach jakoś nie przywykłem jeździć. Tak więc te kilka dni przedstawiało się następująco: śpimy do 10 (to przez to powietrze), plaża do 15, obiad, plaża do 18, o 19 knajpy, w nocy spanie.  Taki plan zajęć był prawie identyczny przez 4 dni.

  

Piątego dnia znudziło nam się… co robić?
 

      Jedziemy do Kołobrzegu.  Ubrani w mocno letnie ciuchy a do pokonania tylko 40 km. Przez ten cholerny upał jazda na dwóch kołach nie należy już do przyjemności. Zabieramy ze sobą oczywiście klapki i krótkie spodenki, to po zejściu z motocykla ratuje trochę sytuacje. Rozpoczynamy od najnowszej, bo z lat 80 starówki - dumy Kołobrzegu.
Jak mówi nam historia w marcu 1945 r. centrum miasta zostało obrócone w pył - ocalało tylko parę budynków. Dopiero w latach 80. włodarze miasta wpadli na pomysł, że skoro nie ma starówki, to trzeba ją wybudować.

Właśnie wybudować, nie odbudować. Nowa starówka nie jest więc kopią starej, nowe kamienice dyskretnie nawiązują do dawnych epok. Efekt jest niezły. Najważniejsze jednak, że starówka żyje.

Na parterach i w piwnicach ulokowały się sklepiki, cukiernie i bary. Nie ma też samochodów - na uliczkach wytyczono deptaki. Lądujemy w jednej z takich cukierni na przedpołudniową kawę a siadamy w ogródku tuż obok ratusza z czerwonej cegły.  

Wybudowany został w 1832 r. jest jednym z nielicznych zabytków starówki, przypomina rycerski zamek. Mieści się w nim dom kultury i urząd stanu cywilnego.

      Nad starówką dominuje potężna wieża gotyckiego kościoła Mariackiego. Wypalony podczas wojny kościół odbudowano dopiero w latach 80. W środku można obejrzeć zdjęcia z odbudowy. Ciekawe są też filary katedry - część z nich jest krzywa. To wina niestabilnego nadrzecznego gruntu, na którym stoi. Ze skromnego wyposażenia warto zobaczyć siedmioramienny świecznik gigant, czterometrowy, odlany z brązu prawie 700 lat temu i zdobiony płaskorzeźbami ilustrującymi przypowieść o winnym krzewie.


        Z katedry ruszamy w stronę Muzeum Oręża Polskiego a tam wszystko, co może zainteresować miłośnika historii lub militariów, od średniowiecznego miecza, poprzez Sokoła z lat wojny, aż do czołgów i samolotów z czasów powojennych.

        Obok muzeum znajduje się bardzo ciekawa wystawa ciekawostek naukowych. Większość z nas o nich słyszała, ale „na żywo” jest to o wiele ciekawsze.

  

       Co jeszcze można zobaczyć w Kołobrzegu? Oczywiście morze. A można to zrobić idąc wzdłuż rzeki Parsęty przez około 2 km. Wzdłuż morza da się spacerować na cztery sposoby: plażą, ciągnącym się wzdłuż niej deptakiem zwanym Aleją Nadmorską, nadmorskim parkiem, lub ciągnącymi się równolegle do morza ulicami Rodziewiczówny i Sikorskiego.

Najlepszy widok na miasto i morze rozciąga się z wierzchołka latarni morskiej, obok ujścia rzeki, niedaleko od mola. 26-metrową wieżę wybudowano na XVIII-wiecznym pruskim forcie chroniącym dostępu do portu. Na szczycie zamocowana jest potężna luneta, do której nawet nie trzeba wrzucać monet, wystarczy wcześniej wykupić bilet na latarnię. Widok naprawdę świetny.

   

     Chodząc tak po mieście zauważyłem plakat informujący o występie moich przyjaciół z kabaretu „Ani Mru, Mru”. Zadzwoniłem i faktycznie, grają o 19. Była okazja do spotkania i pogadania, bo coraz rzadziej jest nam dane się widzieć.

Po południu powrót i tradycyjnie już zimne irlandzkie piwko Eire z browaru Czarnków.
 

       Następny dzień to zwiedzanie latarni w Jarosławcu, później Ustki w której oprócz latarni i portu z racji niemiłosiernego ciepła nie chce nam się zwiedzać.

       Kolejnego dnia odpuszczamy zwiedzanie i jedziemy do Darłówka, aby poszaleć trochę w Aqua-Parku ze słoną, morską wodą. Ze względów bezpieczeństwa nie bierzemy aparatu ze sobą, trochę szkoda, ale… Co ciekawe, Park ma własne zasilanie a stanowi je kilku olbrzymich elektrowni wiatrowych w formie wiatraków oczywiście. Zdjęcia nie oddają gabarytów -najwyższy ma 118 m wysokości. Jeśli się dobrze przypatrzycie to na zbliżeniu u podstawy stoi Madzia.

       W ostatni dzień pobytu natura postanawia nam sprawić niespodziankę w postaci mgły na całym wybrzeżu. I to gęstej mgły przypominającej raczej unoszący się dym. Ciekawe zjawisko.

     Następnego dnia wyjeżdżamy o 5 rano i pierwsze kilometry pokonujemy właśnie we mgle, ale im później tym cieplej, coraz cieplej, gorąco!!! Do Radomia dojeżdżamy przed południem. Ciuchy musimy sobie ściągać nawzajem, ponieważ podszewki po prostu się do nas przykleiły.

 

    
> zapraszam do obejrzenia zdjęć z wakacji <

 

WaFel
( Moto-Turysta nr 047 )

 

P.S.
Przez te upały zrobiliśmy niewiele ponad 250 km po samym wybrzeżu, nie chciało nam się jeździć. Niestety GTR pod tym względem jest bardzo uciążliwy, ciepłe powietrze z silnika przedostaje się przez niepełne wypełnienia owiewek na nogi kierowcy. Jest na to sposób: trzeba rozszerzyć nogi i „złapać” trochę powietrza. Wtedy jednak strumień z silnika leci na tułów i twarz. W ten sposób kółko się zamyka a jazda w upale przestaje być przyjemna.