III Edycja Rankingów :

Moto-Turysta Roku 2006  *   Krążownik Szos 2006  * 01.04.2006 - 01.10.2006

RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 036 / 2006 / TURYSTYCZNE  WOJAŻE


 

Tytuł wyprawy:
Skandynawia 2006

Uczestnik wyprawy / Kierowca: 
Romek
(Moto - Turysta nr 075)
Uczestnik wyprawy / Pasażer: 
Stella
Krążownik Szos: 
Honda Gold Wing 1500 SE
(Krążownik Szos nr 075c)
Przejechany dystans: 
6 420 km
przy niebywale super pogodzie 
jak na Skandynawie

Data wyprawy:
data rozpoczęcia - 12.06.2006
data zakończenia - 25.06.2006
data nadesłania relacji - 09.07.2006

Przyznane punkty w rankingach:
Moto - Turysta 2006 - 6720 pkt (300 + 6420)
Krążownik Szos 2006 - 6420 km

Opis trasy wyprawy:
Warszawa (miejsce zamieszkania)
> Tallin > Helsinki > Lahti > zakosami okropnymi
przez Finlandie > półwysep Varanger / Norwegia
> Berlevag > na południe wzdłuż Bałtyku / Szwecja
> Grislehamn > Eckero / Wyspy Alandzkie
> Karskrona > Gdynia >
Warszawa (miejsce zamieszkania)
 

   


fotografia dokumentująca odbycie wyprawy

       
    Tegoroczny wyjazd do Skandynawii poprzedzony był kilkudniowym szaleństwem umysłowym. Po powrocie z Afryki definitywnie należało wymienić jedną lagę w mojej kochanej Yamaszce. Jak wszyscy wiemy ceny w naszych rodzimych serwisach są co najmniej z sufitu, a i czas oczekiwania pozostawia zbyt wiele do życzenia. Zatem komputer, Internet, znowu dealerzy w USA. Po kilku minutach kupione całe przednie zawieszenie za jedną trzecią ceny tego, co w Polsce. Niestety na przesyłkę trzeba będzie poczekać około miesiąca. Nie ukrywam, że cholera mnie wzięła.

Czerwiec w połowie a ja bez motorka ?
          Z tej rozpaczy rzuciłem się w wir pracy, lecz na szczęście już trzeciego dnia przyszło opamiętanie. Kilka telefonów i mam wstępne namiary na kilka fajnych motorków. Jest sobota, jestem w pracy w Pruszkowie. Szczęśliwie jeden motorek jest zaraz obok w Michałowicach. Urywam się i jadę oglądać. Ładny, czerwony GL1500se, wygląda naprawdę świetnie. Pojeździłem, no sam nie wiem, muszę pomyśleć. Wracam do pracy, wieczorem do domu, i myślę. W niedzielę rano wymyśliłem, że jednak kupię ten motorek. Telefonuję do Pana i proszę żeby przyjechał do mnie w celu dobicia targu. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy, Pan dość niechętnie żegnał się ze swoim goldaskiem, żeby nie powiedzieć, że wręcz ze smutkiem.

Noc z niedzieli na poniedziałek spędzam przytulony do nowego motorku, no tak żeby mnie polubił. W poniedziałkowy poranek tętnie czym prędzej do urzędu w celu rejestracji i wniesienia niezbędnych opłat. Nawet nie zabiera to zbyt wiele czasu w efekcie, czego w samo południe zaczynamy pakować się na wyjazd.

       Ruszamy z Warszawy około 14-tej, i nie ukrywam, że przekraczamy przepisy ograniczające prędkość. Do granicy całkiem zgrabnie, i szybko, a co najważniejsze w pięknym słońcu.
     Na Litwie pogoda nie zmienia się nic a nic. Już po zmroku zatrzymujemy się w motelu przy jakimś aeroklubie. W sąsiednim pokoju trwa niezła libacja, i coś koło pierwszej w nocy postanawiam interweniować. Szczęśliwie na korytarzu spotykam szefa motelu, i wspólna interwencja kończy się sukcesem. Śpimy do rana nie niepokojeni już przez nikogo.

         Kraje Bałtyckie ponownie traktujemy po macoszemu i tranzytem przelatujemy je, że o rety. Po drodze wyprzedzamy wiele samochodów autokarów wypełnionych po brzegi fanami heavy metalu. Na najbliższej stacji paliwowej dowiadujemy się, że dziś w Tallinie jest koncertuje Metallica. Sporo Litwinów i Łotyszy zagaduje nas po drodze, posługując się bardzo ładną polszczyzną. Jest mi trochę wstyd, że nie mogę się odwzajemnić prostym cześć bądź dziękuję w ich językach. W Tallinie fundujemy sobie prom ekspresowy i już po niespełna dwóch godzinach jedziemy przez Helsinki. Żeby nie zapeszyć, ale pogoda jest super. Jak co roku wpraszamy się do klubu Bay City Bikers w Lahti. Tam spędzamy noc i rano w promieniach słońca obieramy azymut na północ.

       Wybór trasy to jak zwykle boczne drogi, te znaczone na mapach na żółto. Nawierzchnia znakomita, ruch niewielki, czyli to co sprawia dużą radość z jazdy motocyklem. Tym razem pojechaliśmy bez namiotu. Noclegi na kampingach nie zabijają nas cenowo.
     Mijamy koło podbiegunowe ciesząc się słoneczną pogodą. I gdzieś tam właśnie mija nas radiowóz policyjny. Z nieskrywanym strachem konstatuję, iż radiowóz zawraca niedługo po tym jak nas minął. Hmm, czyżby kłopoty? Na to wygląda, bowiem na liczniku coś w okolicach 120 km/h. Naturalnie zwalniam do przepisowych stu, i obserwuję w lusterku powoli zbliżające się policyjne auto. Wszelkich złudzeń pozbyłem się, gdy ujrzałem migające światła. Zjechałem na pobocze kalkulując ile noclegów będzie kosztować mnie mój pośpiech. Uśmiechnięty policjant zapytał czy możemy rozmawiać po angielsku, a na moje tak, przedstawił się i przywitał. Gdy przyszła moja kolej, przywitałem go i przedstawiłem się w jego ojczystym języku. Na twarzy policjanta pojawiło się niemałe zdumienie, a po nim wyraz uznania, czego przejawem było uściśnięcie dłoni. Zaproszono mnie do auta, poinformowano mnie o wykroczeniu jakiego się dopuściłem, wypisano mandat na którym wpisano kwotę 0 ( zero ) euro. Zostałem pouczony i pochwalony za znajomość języka fińskiego. Ha, zatem warto było trochę powkuwać.

      Tym razem północny kawałek Norwegii to dla nas miasteczko Berlevag. Zatrzymujemy się tam na dwa dni, lecz nie dane nam podczas tych dwóch dni doświadczyć słonecznych promieni. Padać zaczyna oczywiście w chwili, gdy szykujemy się do odjazdu. Na szczęście jak na ten kawałek świata, pada tylko przez 400 kilometrów.
      Kierujemy się do Szwecji, i leniwie docieramy po kilku dniach przed Sztokholm. W ramach walki ze stereotypami promujemy się z Grisslehamn do Eckero na wyspach Alandzkich.

Pogoda jest niezmiennie wspaniała. Wynajmujemy mały domek wraz z łódką. Przez kolejne cztery dni rozkoszujemy nasze zmysły ślicznymi widokami bądź to z wody, bądź z lądu.

        Odpływamy z Alandów bardzo wcześnie, żeby jeszcze tego samego dnia zdążyć do Karlskrony na nasz prom do Gdyni. Dalszą część podróży wszyscy znają.


 

Niezmiennie serdeczne podziękowania dla Panów z promu Stenaline za serdeczność, pomoc i nieskazitelnie czyste pasy do wiązania motocykla. Udany wyjazd, tylko 400 kilometrów deszczu, to jakby nie padało. Za rok znowu, tym razem zaatakujemy od strony Norwegii, i może na dłużej.

 

 

> zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć z wyprawy <

 

 

Romek
( Moto-Turysta 075)


p.s.
opis nie za długi, ale tyle już opisów Skandynawii na naszym portalu,
że szkoda się powtarzać...