|
Tytuł
wyprawy:
Skandynawia 2006
Uczestnik wyprawy / Kierowca:
Romek
(Moto - Turysta nr 075)
Uczestnik wyprawy / Pasażer:
Stella
Krążownik Szos:
Honda Gold Wing 1500 SE
(Krążownik Szos nr 075c)
Przejechany dystans:
6 420 km
przy niebywale super pogodzie
jak na Skandynawie
|
Data
wyprawy:
data
rozpoczęcia -
12.06.2006
data
zakończenia -
25.06.2006
data nadesłania relacji
- 09.07.2006
Przyznane punkty w rankingach:
Moto - Turysta 2006
-
6720 pkt (300 + 6420)
Krążownik Szos 2006
-
6420 km
Opis
trasy wyprawy:
Warszawa (miejsce zamieszkania)
> Tallin > Helsinki > Lahti > zakosami okropnymi
przez Finlandie
> półwysep Varanger / Norwegia
> Berlevag > na południe wzdłuż Bałtyku / Szwecja
> Grislehamn > Eckero / Wyspy Alandzkie
> Karskrona > Gdynia >
Warszawa (miejsce zamieszkania)
|
|

fotografia dokumentująca odbycie wyprawy |
Tegoroczny wyjazd do Skandynawii poprzedzony był kilkudniowym
szaleństwem umysłowym. Po powrocie z Afryki definitywnie należało
wymienić jedną lagę w mojej kochanej Yamaszce. Jak wszyscy wiemy
ceny w naszych rodzimych serwisach są co najmniej z sufitu, a i czas
oczekiwania pozostawia zbyt wiele do życzenia. Zatem komputer,
Internet, znowu dealerzy w USA. Po kilku minutach kupione całe
przednie zawieszenie za jedną trzecią ceny tego, co w Polsce.
Niestety na przesyłkę trzeba będzie poczekać około miesiąca. Nie
ukrywam, że cholera mnie wzięła. |
|
Czerwiec w połowie a ja
bez motorka ?
Z tej rozpaczy rzuciłem
się w wir pracy, lecz na szczęście już trzeciego dnia przyszło
opamiętanie. Kilka telefonów i mam wstępne namiary na kilka fajnych
motorków. Jest sobota, jestem w pracy w Pruszkowie. Szczęśliwie
jeden motorek jest zaraz obok w Michałowicach. Urywam się i jadę
oglądać. Ładny, czerwony GL1500se, wygląda naprawdę świetnie.
Pojeździłem, no sam nie wiem, muszę pomyśleć. Wracam do pracy,
wieczorem do domu, i myślę. W niedzielę rano wymyśliłem, że jednak
kupię ten motorek. Telefonuję do Pana i proszę żeby przyjechał do
mnie w celu dobicia targu. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy, Pan dość
niechętnie żegnał się ze swoim goldaskiem, żeby nie powiedzieć, że
wręcz ze smutkiem.

Noc z niedzieli na
poniedziałek spędzam przytulony do nowego motorku, no tak żeby mnie
polubił. W poniedziałkowy poranek tętnie czym prędzej do urzędu w
celu rejestracji i wniesienia niezbędnych opłat. Nawet nie zabiera
to zbyt wiele czasu w efekcie, czego w samo południe zaczynamy
pakować się na wyjazd. |
|
Ruszamy z Warszawy około 14-tej, i nie ukrywam, że przekraczamy
przepisy ograniczające prędkość. Do granicy całkiem zgrabnie, i
szybko, a co najważniejsze w pięknym słońcu.
Na Litwie pogoda nie zmienia się nic a nic. Już po
zmroku zatrzymujemy się w motelu przy jakimś aeroklubie. W sąsiednim
pokoju trwa niezła libacja, i coś koło pierwszej w nocy postanawiam
interweniować. Szczęśliwie na korytarzu spotykam szefa motelu, i
wspólna interwencja kończy się sukcesem. Śpimy do rana nie
niepokojeni już przez nikogo. |
 |
|
Kraje Bałtyckie ponownie
traktujemy po macoszemu i tranzytem przelatujemy je, że o rety. Po
drodze wyprzedzamy wiele samochodów autokarów wypełnionych po brzegi
fanami heavy metalu. Na najbliższej stacji paliwowej dowiadujemy
się, że dziś w Tallinie jest koncertuje Metallica. Sporo Litwinów i
Łotyszy zagaduje nas po drodze, posługując się bardzo ładną
polszczyzną. Jest mi trochę wstyd, że nie mogę się odwzajemnić
prostym cześć bądź dziękuję w ich językach. W Tallinie fundujemy
sobie prom ekspresowy i już po niespełna dwóch godzinach jedziemy
przez Helsinki. Żeby nie zapeszyć, ale pogoda jest super. Jak co
roku wpraszamy się do klubu Bay City Bikers w Lahti. Tam spędzamy
noc i rano w promieniach słońca obieramy azymut na północ.

Wybór trasy to jak zwykle boczne drogi, te znaczone na mapach na
żółto. Nawierzchnia znakomita, ruch niewielki, czyli to co sprawia
dużą radość z jazdy motocyklem. Tym razem pojechaliśmy bez namiotu.
Noclegi na
kampingach nie zabijają nas cenowo.
Mijamy koło podbiegunowe ciesząc się słoneczną pogodą.
I gdzieś tam właśnie mija nas radiowóz policyjny. Z nieskrywanym
strachem konstatuję, iż radiowóz zawraca niedługo po tym jak nas
minął. Hmm, czyżby kłopoty? Na to wygląda, bowiem na liczniku coś w
okolicach 120 km/h. Naturalnie zwalniam do przepisowych stu, i
obserwuję w lusterku powoli zbliżające się policyjne auto. Wszelkich
złudzeń pozbyłem się, gdy ujrzałem migające światła. Zjechałem na
pobocze kalkulując ile noclegów będzie kosztować mnie mój pośpiech.
Uśmiechnięty policjant zapytał czy możemy rozmawiać po angielsku, a
na moje tak, przedstawił się i przywitał. Gdy przyszła moja kolej,
przywitałem go i przedstawiłem się w jego ojczystym języku. Na
twarzy policjanta pojawiło się niemałe zdumienie, a po nim wyraz
uznania, czego przejawem było uściśnięcie dłoni. Zaproszono mnie do
auta, poinformowano mnie o wykroczeniu jakiego się dopuściłem,
wypisano mandat na którym wpisano kwotę 0 ( zero ) euro. Zostałem
pouczony i pochwalony za znajomość języka fińskiego. Ha, zatem warto
było trochę powkuwać.

Tym razem północny kawałek Norwegii to dla nas miasteczko Berlevag.
Zatrzymujemy się tam na dwa dni, lecz nie dane nam podczas tych
dwóch dni doświadczyć słonecznych promieni.
Padać zaczyna oczywiście w
chwili, gdy szykujemy się do odjazdu. Na szczęście jak na ten
kawałek świata, pada tylko przez 400 kilometrów.
Kierujemy się do Szwecji, i leniwie docieramy po
kilku dniach przed Sztokholm. W ramach walki ze stereotypami
promujemy się z Grisslehamn do Eckero na wyspach Alandzkich.

Pogoda jest niezmiennie
wspaniała. Wynajmujemy mały domek wraz z łódką. Przez kolejne cztery
dni rozkoszujemy nasze zmysły ślicznymi widokami bądź to z wody,
bądź z lądu.

Odpływamy z Alandów bardzo wcześnie, żeby jeszcze tego samego dnia
zdążyć do Karlskrony na nasz prom do Gdyni. Dalszą część podróży
wszyscy znają.

Niezmiennie serdeczne
podziękowania dla Panów z promu Stenaline za serdeczność, pomoc i
nieskazitelnie czyste pasy do wiązania motocykla. Udany wyjazd,
tylko 400 kilometrów deszczu, to jakby nie padało. Za rok znowu, tym
razem zaatakujemy od strony Norwegii, i może na dłużej. |