III Edycja Rankingów :

Moto-Turysta Roku 2006  *   Krążownik Szos 2006  * 01.04.2006 - 01.10.2006

 

 


RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 031 / 2006 / TURYSTYCZNE  WOJAŻE

 



DATA WYPRAWY
data rozpoczęcia : 23.06.2006
data zakończenia : 26.03.2006
data nadesłania relacji : 01.07.2006

PRZYZNANE PUNKTY 
Moto - Turysta 2006 : 1700 pkt
Krążownik Szos 2006 : 1400 km

OPIS TRASY WYPRAWY 
(dzień 1) Radom – Rapa – Stańczyki – Węgorzewo
(dzień 2) Węgorzewo – Mamerki – Leśniewo – Barciany – Korsze – Reszel – Święta Lipka – Puszcza Borecka - Węgorzewo
(dzień 3) Węgorzewo – Mikołajki – Iznota (Galindia) – Węgorzewo
(dzień 4) Węgorzewo – Kadzidłowo (Park Dzikich Zwierząt) - Radom

 

 

TYTUŁ WYPRAWY
Nieznane Mazury Północne


UCZESTNIK WYPRAWY
Radek vel WaFel
Moto-Turysta nr 047

PASAŻER
Madzia
 

KRĄŻOWNIK SZOS 
Kawasaki GTR 1000 Concours
Krążownik Szos nr 047b

PRZEJECHANY DYSTANS
1400 km

 


Na wiaduktach w Stańczykach
fotografia dokumentująca odbycie wyprawy

 


Dzień pierwszy - Piątek

Trasa: Radom – Rapa – Stańczyki – Węgorzewo

Przejechany dystans: 613 km

> galeria zdjęć (część 1) -kliknij tutaj <
 

       Wyjazd o 8 rano z Radomia. Na obwodnicy Białobrzegów udaje mi się pobić rekord prędkości tego egzemplarza Kawasaki, czyli 242 km/h (dane z GPS bo zegar pokazywał około 220 km/h). Później szybka przeprawa przez Warszawę i żeby nie tracić czasu z rozpakowaniem się w gospodarstwie agroturystycznym, przejeżdżamy przez Węgorzewo, czyli naszą bazę wypadową i mkniemy pod rosyjską granicę w obwodzie kaliningradzkim do miejscowości Rapa. Pojechaliśmy tam wzdłuż granicy przez jedną zapomnianą przez cywilizację wieś, której połowa jest w Polsce a druga część w Rosji.

Wieś nazywa się Miednuszki prowadzi do niej jedyna droga po kocich łbach o długości 25 km. Nasz GTR jakoś to przetrwał, ale jazda do najprzyjemniejszych nie należała.
        W Rapie stoi 16 metrowa piramida – grobowiec, zbudowana bardzo podobnie do piramidy Cheopsa, czyli wg założeń starożytnych budowniczych musiała spełniać pewne warunki. Ta, którą zobaczyliśmy, większość z nich spełniła: ma wysokość 15,9m, podstawa kwadratowa 10,4 x 10,4m, trzy otwory wentylacyjne, trumny ułożone na płaskim podłożu, kąt pochylenia ścian zewnętrznych 68-70° (wewnętrznych 51°52') a wszystko po to by te warunki sprzyjały mumifikacji cała. W środku w otwartych od kilkudziesięciu lat trumnach spoczywają zmumifikowane zwłoki rodziny Farenheitów, która osiedliła się tutaj w XVIII w.

W latach wojny 1914-1915 i 1945 grobowiec został zdewastowany przez Rosjan, trumny porozbijano i w takim stanie znajduje się do dziś. Przeprowadzone badania wykazały, że pozytywne promieniowanie jest wzmacniane przez odpowiedni kształt sklepienia wewnętrznego a negatywne działanie energii eliminuje podstawa z kamienia polnego.
 

      


Zaglądając do środka przez okratowane okno poczułem bijący ze środka chłód, ale powietrze było nie wilgotne i bardzo świeże. Pomimo, że teren piramidy otoczony jest bagnami i lasem w pobliżu nie uświadczyliśmy żadnego komara ani nawet muchy, co w tak słoneczny dzień było dosyć dziwne. Jak się później okazało (po przeszukaniu Internetu) okazuje się, że miejsce to jest zaliczane do „miejsc mocy”, gdyż leży na skrzyżowaniu trzech linii silnego promieniowania geomantycznego.
         Z Rapy kierujemy się na wiadukty w Stańczykach, które większość pewnie już zna a stamtąd na zasłużony spoczynek po całodziennej podróży.


 

   


Po zalogowaniu się w Gościńcu w Węgorzewie około godziny 20 postanawiamy wybrać się (tym razem już pieszo) nad jez. Mamry by już w prawie w nocy zwiedzić cmentarz wojenny usytuowany na wzgórzu tuż nad jeziorem. W świetle lampki wspomagającej Auto Focus w aparacie wracamy kilka kilometrów przez ciemny las do domu. Zmęczeni i zadowoleni o 23 kładziemy się spać
.

 



Dzień drugi - Sobota

Trasa: Węgorzewo – Mamerki – Leśniewo – Barciany – Korsze – Reszel – Święta Lipka – Puszcza Borecka - Węgorzewo.

Przejechany dystans: 203 km

> galeria zdjęć (część 2) -kliknij tutaj <
 

        Aby nie tracić cennego czasu, pobudka o 8, szybkie śniadanko i w siodło. Dzisiaj mało kilometrów a dużo zwiedzania. Pogoda tak jak poprzedniego dnia – idealna, no może trochę za gorąco. Wskakujemy w letnie ciuchy i zahaczamy o pierwszy punkt, czyli bunkry w Mamerkach.
 

   


Bunkry jak bunkry, prawie każdy widział już kwaterę Hitlera w Gierłoży, te są trochę inne, ponieważ są posprzątane i można do nich wejść. I właśnie po wejściu do bunkra o wielkości 25x20 metrów i wysokości około 12 m, można sobie uświadomić ich potęgę, gdyż w środku tak  wielkiej betonowej konstrukcji znajdują się tylko 3 pomieszczenia o wymiarach około 4 x 3 m i 2,3 metra wysokości!!! Reszta to żelbet, pręty zbrojeniowe, specjalne korytarze i komory. W niektórych z nich ściany i stropy mają grubość 7 metrów.

Aby zwiedzić bunkry warto zaopatrzyć się w mapę, aby nie błądzić po lesie w poszukiwaniu tych betonowych kolosów. Bo choć bunkry są ogromne to jednak zarazem dobrze ukryte w gęstym lesie. Można też wejść na taras widokowy a przed wejściem na teren pooglądać rzeczy wykopane stąd przez miłośników militariów.
         Następnie w planie wycieczki Kanał Mazurski i poniemieckie śluzy. Motocykl zostawiamy na prowizorycznym parkingu i 500 metrów dalej ukazuje nam się monumentalna pamiątka po hitlerowcach. Jest to ogromna śluza w Leśniewie Górnym, która posiada komorę o głębokości 21 m, szerokości 7,5 m, długości 46 m. Do prawie ukończonej budowli położonej w środku lasu nie zdążono nawet doprowadzić kanału z wodą. Kanał Mazurski nigdy nie został ukończony, miał połączyć Jeziora Mazurskie z rzeką Pregołą w celu uzyskania drogi wodnej do Bałtyku.

    

Budowę kanału rozpoczęto w 1911 roku, po raz pierwszy została ona przerwana przez I wojnę światową. Drugi etap, energicznie prowadzony od 1934 roku przerwały działania wojenne, po zakończeniu wojny budowa nie została wznowiona.
Kanał był projektowany do przepływu statków o wyporności 240 ton i przebiega w sztucznych wykopach lub specjalnych nasypach ziemnych. Dla pokonania 111 metrów różnicy poziomów między Łyną i Mamrami zbudowano dziesięć olbrzymich śluz, w tym pięć po stronie polskiej. Długość kanału wynosi 51,5 km, na terenie Polski 22 km. Kilkaset metrów dalej znajduje się mniejsza śluza też imponujących rozmiarów, na którą udaje mi się wejść po kłodzie powalonego przez okoliczne bobry drzewa. Niestety bałem się wziąć ze sobą aparat, bo jakoś nie pomagał mi przy trzymaniu równowagi na 10 metrowym odcinku dzielącym stały ląd ze śluzą.
          Kolejną zaplanowaną atrakcją jest gotycki kościół w Barcianach, niestety zamknięty. Co robić? Kilka fotek i dalej w drogę...

W miejscowości Korsze, zobaczyliśmy piękną, ogromną lokomotywę parową.

Dojeżdżamy do Reszela, pogoda staje się nieznośna, w słońcu na termometrze 38 stopni. Czym prędzej wskakujemy w zimne zamkowe mury i wspinamy się na wieżę, z której można podziwiać piękny widok na miasteczko.

W samym zamku do zwiedzania nic ciekawego nie ma, część z komnat adoptowano na hotel i restaurację.
         Jedziemy dalej, bunkrów Madzia ma dosyć, więc Wilczy Szaniec zostawimy w spokoju. Przypominam sobie z lat poprzednich, że około godziny 15 w Świętej Lipce powinien być koncert organowy. Jest 14.30, więc jeśli mnie pamięć nie zawodzi to zdążymy. Po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu i faktycznie, po szybkim przemówieniu księdza w dwóch językach zaczyna się koncert organowy.

   

Można słuchać i oglądać, gdyż organy w tym sanktuarium maryjnym wyposażone są na wzór tych w Gdańsku-Oliwie w ruchome figurki i to nawet bardziej widoczne.
         Po wysłuchaniu koncertu i krótkiej modlitwie zasiadamy na naszego rumaka i lecimy dalej, czyli w ostatnie miejsce dzisiejszej wyprawy. A jest to miejscowość Borki w Puszczy Boreckiej słynąca z rezerwatu żubrów.

Opis jest niepotrzebny, zdjęcia wystarczą a ich główny bohater nazywa się Pieszczoch. Ciągle kojarzy mi się z reklamą znanego piwa.

       

          Około godziny 20 jesteśmy z powrotem, szybkie zakupy wraz z degustacją miejscowego piwa i w ciszy ogrodu i klekotania bocianów rozpalamy grilla.

Nawet słynne mazurskie komary nie dokuczają tak bardzo. Jest uroczo…

 


    
Dzień trzeci - Niedziela
Trasa: Węgorzewo – Mikołajki – Iznota (Galindia) – Węgorzewo
Przejechany dystans: 165 km

> galeria zdjęć (część 3) -kliknij tutaj <
 

         W nocy trochę padało, rano nie chce nam się za bardzo wstawać, choć plany na ten dzień też były ambitne. Pogoda pokrzyżowała wszystko. Jak tylko przestaje padać jedziemy w stronę Mikołajek, nad którymi wiszą czarne chmury. Niestety nie wróży to nic dobrego, o czym możemy się przekonać już kilka kilometrów dalej. Ulewa. Zatrzymujemy się w środku lasu i przebieramy w ciuchy przeciwdeszczowe. Najgorzej jest założyć na mokra rękę rękawiczki…
Ruszamy i nie jedziemy więcej jak 60 km/h, co na mazurskich wąskich i krętych drogach i tak jest nie lada wyczynem. Po kilkunastu minutach ulewa zamienia się w deszczyk a my tymczasem dojeżdżamy do Iznoty, czyli siedziby Galindów.

     

Część Galindii położona u ujścia rzeki Krutyni do jeziora Bełdany, zanurzona w zieleni Mazurskiego Parku Krajobrazowego i absolutnej ciszy przerywanej tylko śpiewem ptaków i szumem rzeki. W dawnych czasach Przez Galindię przebiegał szlak bursztynowy, którym przewożono na południe i zachód niezwykle cenny bursztyn. Okolice Iznoty od V wieku p.n.e. do XIII zamieszkiwały plemiona Galindów, o których pisali kronikarze rzymscy m.in. Tacyt i Ptolemeusz. Ośrodek składa się nie tylko z hotelu, restauracji i pensjonatu, ale również nietypowych budowli jak: pieczary, termy, lochy demonów, studnie głodowe, uroczyska leśne, rytualny krąg kamienny czy skansen i labirynt Galindów. Jego właściciel postawił sobie za cel rekonstrukcję zwyczajów i kultów dawnych mieszkańców tych okolic. Wśród rzeźb galindzkich bóstw w stylizowanych wnętrzach ośrodka a także wokół ogniska. Nie powiem, udało mu się to doskonale.
Ponieważ pogoda ani trochę się nie poprawiła postanowiliśmy wrócić do bazy. I po godzinie od powrotu wyszło słońce. Nie było już sensu nigdzie jeździć, więc wyposażeni przez gospodarzy w wędkę i pół chleba poszliśmy nad okoliczny staw na ryby.

   

Wędkarz ze mnie żaden, ale przez 2 godziny nałapaliśmy, czasem i na pusty haczyk około 40 sztuk małych i większych rybek o marce mi raczej nieznanej. Cztery największe przekazaliśmy gospodarzom w ramach podziękowania za nie lada atrakcję.



 

           

Dzień czwarty - Poniedziałek

Trasa: Węgorzewo – Kadzidłowo (Park Dzikich Zwierząt) - Radom

Przejechany dystans: 425 km

> galeria zdjęć (część 4) -kliknij tutaj <
 

        Dzień powrotu do domu, ale żeby nie jechać prostą trasą przypominam sobie o Parku Dzikich Zwierząt, który miałem okazję odwiedzić kilka lat temu, kiedy moim motocyklem podróżnym był Kawasaki EN 500. Wprowadzamy na GPS-ie współrzędne i lecimy po mazurskich winklach do Kadzidłowa poobcować trochę z naturą. Jest to park prywatny o powierzchni około 100ha założony przez Dr. Andrzeja Krzywińskiego. O atrakcyjności świadczy fakt, iż można z bliska zobaczyć wiele dzikich gatunków zwierząt, które bardzo trudno zobaczyć na wolności.

   

Tutaj można poznać zwyczaje i zachowanie tych zwierząt. Można w nim zobaczyć m.in. dziki, daniele, sarny, wydry, tarpany, jelenie, wilki i wiele gatunków ptaków. Dla Madzi to chyba najfajniejszy punkt całego wyjazdu, prawie każdego zwierzaka można dotknąć i nakarmić.

   

I tym miłym akcentem przyrodniczym kończymy nasz pobyt na znanych mniej lub bardziej Mazurach północnych. Przed nami droga na Radom w pełnym słońcu.


Zrobiliśmy 1400 km i wydaliśmy 1200 zł. Nocleg ze śniadaniem kosztował nas po 52 zł od osoby, reszta to obiadki w knajpach, bilety wstępu, piwo i jak zwykle najwięcej paliwo.
 

Do zobaczenia na szlaku
WaFel i Madzia
/Moto-Turysta 047/