|
Od
pewnego czasu planowałem wycieczkę w Bieszczady ukraińskie.
Motocyklem podróżowałem po tym kraju kilkukrotnie, przemieszczając
się głównymi, przeważnie kiepskiej jakości drogami.
Nie przejmując się zbytnio fatalną prognozą pogody, wyruszyłem w
sobotę około godziny ósmej, w kierunku przejścia granicznego
Medyka-Szegini.

Dotarłem tam po
pięciogodzinnym zmaganiem się z ulewą i z kiepską jakością naszych
dróg. Na miejscu trzeba było wypisać kilka "kwitancji" i uzbroić się
w cierpliwość, gdyż ukraińskie służby graniczne pracują bardzo
opieszale. Po odprawie celnej ruszyłem w kierunku na Mościska, tam
też skręciłem i przemieszczałem się na Staryj Sambor. Język polski
jest zbyt ubogi, aby opisać jakość tego, po czym jechałem a raczej
wlokłem się z prędkością ok. 30 km/h.

Całości dopełniały: fatalna pogoda, wędrujące krowy po tej "autobahnie",
oraz pijane gęby tubylców.

Nocowałem w sercu ukraińskich
Bieszczad w miejscowości Rozłucz. No i tutaj pojawiła się świetlana
postać tej eskapady, niejaki Igor -recepcjonista. U niego w garażu
wypełnionym ogromną ilością wódy i fajek, przechowałem za
symboliczne 5 euro motocykl.
Igor zapytał jeszcze, czy nie mam ochoty skorzystać z sauny w
towarzystwie jego "padrugi". Ponieważ mam STALOWE zasady moralne,
odmówiłem...
Motel polecam młodszym i spragnionym hardcorowych przeżyć
motocyklistom.
Chłopaki, naprawdę nie pożałujecie - Igor załatwi WSIO.

Wracając do podróży -wstałem
w niedziele około 6 i po czterech godzinach jazdy dotelepałem się do
słowackiej granicy.
Do domu dotarłem około 18, zmarznięty i przemoczony.
> zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z moich podróży w sezonie
2006 < |