III Edycja Rankingów :

Moto-Turysta Roku 2006  *   Krążownik Szos 2006  * 01.04.2006 - 01.10.2006

 
 

 


RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr 012 / 2006 / TURYSTYCZNE  WOJAŻE


 
 

Tytuł wyprawy :
"Odrobina raju w Dalmacji"

Uczestnik wyprawy / Kierowca  :
WaFel
Moto - Turysta nr
047

Uczestnik wyprawy / Pasażer :
Madzia

Krążownik Szos :
Kawasaki GTR 1000 Concours
Krążownik Szos nr 047b

Przejechany dystans :
3 864 km

 

 



DUBROVNIK
/fotografia dokumentująca odbycie wyprawy/

     


 

DATA WYPRAWY
data rozpoczęcia : 28.04.2006
data zakończenia : 07.05.2006
data nadesłania relacji : 18.05.2006

PRZYZNANE PUNKTY 
Moto - Turysta 2006 : 4164 pt. (3864 + 300)
Krążownik Szos 2006 : 3864 km


OPIS TRASY WYPRAWY 
Radom
 (miejsce zamieszkania)
DUBROVNIK / Chorwacja
(punkt docelowy wyprawy)
 Radom  (miejsce zamieszkania)
 


J
ak to co roku bywa na długi majowy weekend wyruszam z plecaczkiem Madzią z Radomia w kierunku Uherc Mineralnych w Bieszczadach na spotkanie grupy pl.rec.motocykle pt. Piernikowisko. Wyjazd zaplanowany był na 29 kwietnia lecz zerkając na mapy pogody postanowiłem go przyspieszyć o jeden dzień. Z Warszawy dociera do nas Maciek na VFR i razem nieśpiesznie (120 przelotowa) tniemy na południe.
A na miejscu po staremu: impreza, ognisko, picie,  latanie po małej i dużej pętli zwiedzanie i takie tam.
 

  


Kilka tygodni wcześniej umawiamy się ze znajomymi z Lublina i Warszawy, żeby po „Piernikach” zrobić jakiś kraj Bałkański, ale są to tylko luźne ustalenia. Pakując się na moto uwzględniam jednak dalszą wycieczkę na południe z mocnym postanowieniem pojechania np. do Rumunii. No, ale jak to w moim życiu bywa, wszystko dzieje się spontanicznie i bez żadnego planu, tak więc jeszcze nie wiem, gdzie możemy dotrzeć.

      Na Piernikach zabawiliśmy 2 dni i w niedzielę rano ruszamy w składzie GTR, MT-01, BMW, VFR i V-Storm na Węgry zjeść trochę Bogracza. Na trasie okazuje się, że może zatrzymamy się jednak w Słowackim Raju i wypijemy kilkanaście (symbolicznych) kieliszków ichniejszej śliwowicy z 52 procentami w butelce. Propozycja kusząca... Po drodze zwiedzamy piękny rynek w Bardejowicach i finalnie zatrzymujemy się w przytulnym pensjonacie w Dedinkach z którego do knajpy mamy z 80 m i udajemy się na spożywanie słowackich specjałów, oraz rzeczonej wody ognistej.

Rano po wyjściu na balkon i zaczerpnięciu jakże potrzebnego świeżego powietrza oczom moim ukazują się nasze motocykle i w końcu uświadamiam sobie, że każdy z nich pochodzi z innej stajni.

   

     Po szybkim prysznicu ruszamy na Eger, do doliny Pięknej Pani już w okrojonym składzie -czyli na trzy maszyny. Większość tej pięknej i pełnej zakrętów trasy pokonujemy niestety w deszczu. No cóż, takie to już życie Moto-Turysty. Eger zwiedzamy w strugach deszczu, ale na poprawę humoru zamawiamy coraz to nowe kociołki gulaszu i karafki wina.

Węgierska orkiestra znając Polaków jak własną kieszeń, umila nam pobyt za jedyne 10 Euro melodią „Poszła Karolinka…”. Bardzo polubiłem Węgry nie tylko za pyszną kuchnię, ale także za język mówiony i pisany.
 


    Z powrotem już w mniejszym deszczu wracamy do hotelu studenckiego, aby dokończyć zakupione wcześniej w piwniczkach wino i udać się na zasłużony spoczynek. Rano wykonujemy telefon do BobMaxa, który dojechał na Chorwację swoją Hayabusą i zaklepał nam już nocleg. Wojtas z Izą na BMW muszą niestety wracać do Polski, dlatego  tylko z Pawulonem na MT-01, ruszamy w -jak się później okazuje -najtrudniejszą część wyprawy, czyli 1025 km jednym strzałem po drogach Węgier, Bośni i Hercegowiny, oraz Chorwacji. Zapytacie dlaczego najtrudniejszą? Już tłumaczę. O ile Węgry pożegnały nas zachmurzonym niebem bez deszczu to później, czyli przez około 500 km, jechaliśmy w górach po ciemku i w deszczu, oraz w temperaturze około 12-15 stopni. Brrrr. Deszcz zaczął lać (nie padać), sporo przed Bana Luką. Kto pokonywał tę trasę wie, że na odcinku 200 km najdłuższa prosta wynosi 100 m a nad kierowcą wiszą skały, które z resztą często się kruszą i spadają na drogę. Trasa prowadzi wzdłuż rzeki Vrbas, miejscami jest bardzo wąska a po obu stronach widać tylko przepiękne i wysokie góry. Coś niesamowitego, ale i stopień trudności szczególnie w nocy jest duży. Pawulon po przejechaniu tej trasy powiedział mi, że jechał za moim światłem, bo inaczej się nie dało. No i jak wjechałem za zakrętem do tunelu, to on pojechał prosto… na szczęście było kawałek pobocza na hamowanie. Ponieważ była już ciemna noc żadne zdjęcie nam nie wyszło a szkoda. Wrócę tam kiedyś w dzień... Na granicach nie mieliśmy żadnych problemów, raz tylko sprawdzono nam zieloną kartę.

Chorwacja powitała nas ciepłą i bezdeszczową pogodą i jak to w tym kraju, kupą zakrętów.

Mój wzrok na tyle przyzwyczaił się do ciemności, a lampa w wersji USA na tyle skutecznie rozświetlała drogę przede mną, że zapinałem po tych zakrętach jak w dzień -ze średnią prędkością zanotowaną przez GPS – 71 km/h! Dojechaliśmy w okolice Riwiery Makarskiej około 1 w nocy po 16 godzinach w siodle, zmęczeni - ale szczęśliwi. Zalogowaliśmy się do domu a szum, który odbijał się od naszych bębenków to nie szum z kasku po jeździe tylko Adriatyk, który był 15 metrów od naszego lokum (zobaczcie zdjęcie powyżej). Cudownie… Rano kąpiel słoneczna i wygrzewanie obolałych pośladków, ale już po południu wycieczka krajoznawcza do Omnis i zakupy spożywcze z przewagą Rakiji i piwa.

W zeszłym roku zwiedzałem ten kraj od strony morza, w tym roku było mi dane od lądu. Można się zakochać. Te miejscowości „przyczepione” między górami a morzem i pełno wysp i wysepek. Po prostu namiastka raju na ziemi.

     Następnego dnia ubieramy się letnio, gdyż słońce pięknie świeci, niebo bezchmurne a temperatura w okolicach 35 stopni i udajemy się do Dubrownika, czyli najbardziej na południe wysuniętej część Dalmacji. W sumie około 220 km w jedną stronę po samych pięknych zakrętasach.
 


Ponieważ nie mam już 30 kg bagażu a tylko leciutką pasażerkę, opony są rozgrzane i jadąc w towarzystwie Hayabusy i Yamahy MT, budzi się we mnie jak zwykle żyłka sportowca - prawie udaje mi się zamknąć tylną oponę. Nie muszę obawiać się piasku na zakrętach a jakość asfaltu nie pozostawia nic do życzenia. Dubrownika nie da się opisać, po prostu trzeba go zobaczyć. Jest inny niż wszystkie miasta, niepowtarzalny.
 

Na miejscu spotykamy dawno niewidzianego przyjaciela na Varadero Tośka Zesiuka, który z braku innych zajęć wypuścił się na wycieczkę. Już w trakcie zwiedzania miasta zaczyna padać deszcz… A miało być tak pięknie.
Nikt nawet nie wziął ze sobą kombinezonów przeciwdeszczowych!!! No i 200 km z powrotem w najpierw małym deszczu a później w ulewie. Każdy z nas w jeansach i letnich kurtkach. Jako jedyny miałem w kufrze spodnie przeciwdeszczowe, które głupio mi było je założyć patrząc na innych.


No i jeszcze okazało się, że z MT-01 to żaden motocykl turystyczny bo 2 razy musiałem dolewać mu paliwa z własnego baku. Zasięg to 180 km a tam czasem stacja jest oddalona o 200 km
 


Po powrocie wkurzeni sami na siebie (daliśmy się załatwić pogodzie jak małe dzieci), mokrzy i wyziębieni postanowiliśmy utopić smutki w Rakija Odoracha czyli orzechowej odmianie Chorwackiej śliwowicy. I było fajnie...
   
Następny dzień to zwiedzanie Splitu, owoce morza na obiad lampka wina do obiadu i znowu latanie po zakrętach. Już pewnej nocy śniły mi się te serpentyny i chciało mi się w końcu trochę prostej drogi, co też udało mi się zrealizować już w sobotę 6 maja w trakcie powrotu. Postanowiliśmy, jak najszybciej dotrzeć w okolice polskiej granicy, więc jedyną drogą były autostrady… i po którymś tam kilometrze nudnej prostej zadałem sobie pytanie: co było lepsze? Te winkielki czy cholerna prosta w nieskończoność? Chyba i to i to po troszku. Autostrady z rozsianymi tunelami (najdłuższy ma prawie 6 km) i ładnymi widoczkami też mają swoje uroki.

   

     Wracaliśmy przez Zagrzeb i aż do Budapesztu autostradami (w sumie koszt 30 Euro) i o godz. 23 po przejechaniu tego dnia 1260 km (mój rekord), zatrzymaliśmy się na nocleg w Zemplinskiej Siravie na Słowacji. Oczywiście nie muszę dodawać, że ostatnie 100 km zrobiliśmy w deszczu. W niedzielę rano mżawka a my kierunek Barwinek i później po polskich wertepach dojechaliśmy do Radomia a godzinę później BobMax z towarzyszką zameldowali się w Warszawie.

Było bardzo sympatycznie, ale pogoda nie rozpieszczała. Psychicznie wypocząłem, natomiast fizycznie byłem zmęczony. W sumie na liczniku motocykla przybyło 3956 km natomiast GPS zanotował przebieg 3864 km i ten uważam za prawdziwy. Zegary też zawyżają prędkość nawet do 15 km/h. Spalanie na trasie od 6,2 przy 120 km/h do 7,5 l na autostradach. Kawasaki GTR wziął 0, 5 l oleju i sprawdził się idealnie jako turysta choć motocyklem idealnym nie jest, ale jak ktoś oczekuje ideałów to niech się ożeni z księgową.

Koszty:
Paliwo – 1300 zł
Noclegi – 800 zł
Inne – 900 zł
Dane z GPS:
Suma km – 3864 km
Max. prędkość – 208 km/h
Średnia prędkość – 84 km/h


Sporo zdjęć z opisanej wyprawy, znajdziecie u mnie na stronie:

www.lublin.riders.pl


-zainteresowanych serdecznie zapraszam...

 

WaFel
( Moto-Turysta nr 047 )