|
RELACJA
Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY
nr
016/2004 / TURYSTYCZNE WOJAŻE
|
|

/fotografia
dokumentująca odbycie wyprawy/
|
|
Tytuł
wyprawy :
WYJAZD DO KOMAŃCZY ...
Uczestnik
wyprawy :
Piotr M.
(Moto - Turysta nr 050)
Krążownik
Szos :
Yamaha Wild Star (Krążownik
nr 051)
Przejechany dystans :
870 km
|
|
Ważne
dla nas sprawy spowodowały, że musieliśmy pojechać do Komańczy.
Niestety, nie mogliśmy spędzić tam więcej czasu i pobyt
Bieszczadach ograniczył się do sobotniej kilkugodzinnej wizyty w
tym pięknym miejscu. Umożliwiło nam to nie tylko załatwienie
naszych spraw, ale i zobaczenie tego i owego. Ponieważ jednak byliśmy
w Komańczy rok temu mogliśmy się skoncentrować na tym, czego nie
udało nam się zobaczyć podczas tamtego pobytu. Korzystając z
okazji przedstawię zdjęcia i z tamtej wyprawy tak, aby opisać tę
okolicę w miarę dokładnie
|
DATA
WYPRAWY
data
rozpoczęcia : 21.08.2004
data zakończenia : 22.08.2004
data nadesłania relacji : 26.08.2004 |
PRZYZNANE
PUNKTY
Moto - Turysta 2004 : 1 170 pt. (300 + 870)
Krążownik Szos 2004 : 870 km
|
|
|
OPIS
TRASY WYPRAWY :
Józefów
k/Warszawy (miejsce zamieszkania)
Komańcza (punkt docelowy wyprawy)
Józefów k/Warszawy (miejsce zamieszkania)
/szczegóły w opisie/ |
|
|
Powróćmy
jednak do chwili obecnej. Na około półtora tygodnia przed
wyjazdem podejmujemy decyzję że pojedziemy oczywiście motocyklem,
pod warunkiem, że pogoda pozwoli. Termin to weekend w dniach
21-22.08.2004. Im bliżej planowanego terminu eskapady okazuje się,
że czeka nas załamanie pogody, choć jak to zwykle bywa prognozy są
zróżnicowane. Decyzję podejmujemy w piątek i po wspólnej
naradzie decydujemy się na jazdę na moto- jak by nie było
tegoroczny sezon nieubłaganie zbliża się do końca ( a
przynajmniej jego letnia część) i być może jest to dla nas już
ostatni tak długi wypad.
|
|
Wyruszamy
w sobotni poranek o godzinie 8-mej i kierujemy się poprzez Górę
Kalwarię drogą na Sandomierz. Pogoda jest super, gdyż temperatura
niewiele przekracza 20º i jest prawie bezwietrznie. Po godzinie
jazdy docieramy do Garbatki Letnisko gdzie w karczmie „Przy
Trakcie” zatrzymujemy się na śniadanie a ordynujemy
jajecznicę, którą tutaj podaje się z trzech jajek z boczkiem i
smażoną cebulką oraz ćwiartkami świeżych pomidorów –
mniam mniam! Po około 30-45 minutach wyruszamy dalej.Kierujemy się
na Zwoleń, Lipsko, Tarłów, Ożarów i dalej do Sandomierza.
|
|
|
Droga
ta jest być może nie najlepsza pod względem jakości nawierzchni,
ale jest na niej niewielki ruch a to pozwala sprawnie pokonywać
kolejne kilometry. Jazda przebiega, więc bez większych problemów.
Dalej kolejny odcinek prowadzący w okolice Tarnobrzegu ( na szczęście
droga omija samo miasto), Rzeszowa a potem kierujemy się
„dziewiątką” na Kraśnik i Sanok. Odcinek od
Sandomierza przebiega już w nieco większym ruchu, choć nadal
przemieszczamy się całkiem sprawnie i bez większych problemów.
Dojeżdżając do Rzeszowa, na około 5-7 km przed tym miastem,
trafiamy na mokrą jezdnię i zaczyna lekko kropić. Stajemy, więc
ma poboczu, ubieramy „deszczówki” i tak, ubrani,
jedziemy dalej.
|
|
Ponieważ
zbliża się pora obiadowa zmierzamy do znanego nam już zajazdu
mieszczącego się w miejscowości Wyżne (około 30 km od Rzeszowa
w stronę Sanoka) a noszącego nazwę „MAGYAR”.
Docieramy tam około godziny 13-tej z minutami a więc po około pięciu
godzinach jazdy. Polecam, jedzenie smaczne oczywiście na modłę węgierską
i być może ceny do najniższych nie należą to wydaje się, że
jedzenie jest warte swojej ceny. Podczas gdy my oddajemy się
kulinarnym szaleństwom pogoda poprawia się i przestaje padać.
Zajazd opuszczamy po około 1,5 godzinie. Niestety droga do Sanoka
znajduje się w przebudowie i w związku z tym natykamy się na trzy
lub cztery zwężenia jezdni gdzie ruch odbywa się naprzemiennie a
sterują nim światła. Przedłuża to czas jazdy i tak już długi
na tym odcinku, a to za sprawą licznych miejscowości, jakie
znajdują się na tej trasie. Mijamy Sanok i w Zagórzu skręcamy w
prawo na Komańczę. Ostatni etap drogi wynosi około 30 kilometrów
i jest bardzo widowiskowy tym bardziej, że pokonujemy jadąc
serpentynami, niezłe wzniesienie.
|
|
W
końcu jesteśmy w Komańczy a jest około 16:15 a więc od wyjazdu
minęło osiem godzin i kwadrans. Kilka słów o samej wsi
malowniczo położonej nad rzeczką Osławicą oraz potokiem Barbarką,
na terenie graniczącym z Beskidem Niskim oraz Bieszczadami i
stanowiącej doskonały punkt wypadowy w te rejony. Obiektem, do
którego na pewno warto zawitać jest klasztor sióstr Nazaretanek
www.nazaretanki.dir.pl, którego budowę rozpoczęto w 1929 roku
a stał się sławny jako miejsce internowania Stefana Wyszyńskiego,
który przebywał tu mniej więcej przez rok od 1955 do 1956 roku.
Aby do niego dotrzeć należy przejechać poprzez wiadukt pod torami
kolejowymi (uwaga na drogowskaz). Po przejechaniu paruset metrów
parkujemy motocykl na malutkim parkingu znajdującym się przy wjeździe
do schroniska PTTK i dalej już na piechotę wspinamy się do
klasztoru. Klasztor drewnianej konstrukcji robi niesamowite wrażenie.
W środku na parterze mieści się sala, w której znajduje się
wyposażenie pokoju, w którym przebywał kardynał. Prezentuję wam
zdjęcia, jakie zrobiłem podczas zeszłorocznej wizyty w tym
miejscu.
|

|
|
W
samej Komańczy noclegu można poszukać w licznych gospodarstwach
agroturystycznych gdzie za niewygórowane pieniądze znajdziemy zupełnie
przyzwoity nocleg a także będziemy mieli do dyspozycji kuchnię i
naczynia. W samej wsi są nieźle zaopatrzone delikatesy gdzie możemy
kupić żywność i inne niezbędne rzeczy.
|
|
|
Po
około 2-ch godzinach opuszczamy Komańczę i kierujemy się w drogę
powrotną. Warto zajrzeć po drodze do Rzepedzi gdzie dotrzemy do
cerkwi leżącej nieco na uboczu, bo około 1,5 km w lewo od
drogi i tam też się kierujemy. Droga ta jest oznaczona
drogowskazem a więc trudno nie trafić. Jest to cerkiew
grecko-katolicka pod wezwaniem św. Mikołaja, która została
wzniesiona w 1824 roku. Niestety w ciągu tygodnia jest zamknięta a
nabożeństwa są odprawiane w niedziele bodajże o godz 9:45 i
wtedy zapewne jest jedna z możliwości obejrzenia wnętrza. Obiekt
ten,jak widać na zdjęciach, jest dobrze utrzymany a w jego sąsiedztwie
jest ulokowana drewniana dzwonnica z 1924 roku.
|
|
Po
powrocie na drogę główną, warto podjechać do Szczawnego
gdzie napotkamy kolejną cerkiew tym razem pochodzącą z 1888 roku.
Mieści się ona tuż przed przejazdem kolejowym po lewej stronie
(jadąc od Komańczy) nieco pod górkę (zdjęcia zeszłoroczne).
Przed wyjazdem warto zajrzeć na strony www.twojebieszczady.pl
, gdzie znajdziemy adresy i telefony do osób posiadających klucze
do tych obiektów i może uda Wam się obejrzeć także ich wnętrza.
|

|
|
Jadąc
możemy podziwiać wspaniałe widoki, ale nie zapominajmy o
bezpiecznej jeździe tym bardziej, że droga do najszerszych nie
należy. My podążamy dalej, bo musimy jeszcze znaleźć miejsce na
nocleg a robi się coraz później. Niestety, ale tym razem nie
przejedziemy pętli Bieszczadzkiej, co wszystkim polecam –
niezwykłe wrażenia i widoki gwarantowane a przyjemność z jazdy
po winkielkach ogromna.
Mijamy
Sanok i docieramy do miejscowości Besko, gdzie obok stacji
benzynowej wypatrujemy przyjemny mały hotelik. Zatrzymujemy się i
robimy krótkie rozeznanie, nocleg kosztuje 70 zł a pokoje są
wyposażone w prysznic, umywalkę i ubikację o telewizorze nie
wspominając. Pasuje nam to i decydujemy się spędzić tu noc. Na
moje pytanie czy można by postawić gdzieś z tyłu motocykl,
otrzymuję odpowiedź, że mogę go wstawić do zamkniętego
pomieszczenia! Parkuję, więc moto pod dachem a potem idziemy do
pokoju, rozpakujemy torby i wędrujemy zjeść niewielką kolację.
Jedzenie całkiem, całkiem, szczególnie warto skosztować pierogów,
które są własnej roboty i jak twierdzi osoba nas obsługująca
cytuję „ turyści specjalnie na nie przyjeżdżają” !
Ponieważ dochodzi godzina 21:00 powoli udajemy się do pokoju i
szykujemy do snu, bo przecież jutro czeka nas nadal około 400
kilometrów jazdy a w dniu dzisiejszym spędziliśmy w siodle około
9 godzin. Szybko zasypiamy, ale ok. 2-giej w nocy coś mnie budzi a
po chwili już wiem, co to było. Na dworze trwa burza a przy okazji
nieźle leje. Ponownie budzę się ok. 6:30 i stwierdzam, że nadal
pada i wieje silny wiatr a więc wygląda na to, że czeka nas jazda
po mokrym. Wstajemy przed ósmą, udajemy się na śniadanie
(jajecznica, ser żółty i biały, wędlina, chleb, masło i
pomidory) a później pora na pakowanie rzeczy i motocykla. Niestety
nadal pada a więc ubieramy deszczówki i ok. 9-tej rano wyruszamy w
drogę powrotną.
Jedziemy tą samą trasą, którą dzień wcześniej podążaliśmy
w odwrotnym kierunku.
W
Rzeszowie tankujemy moto a ja stwierdzam, że nie dość, że
powstaje silne podciśnienie w zbiorniku to na domiar złego zaczęły
się kłopoty z paleniem na wolnych obrotach na jednym z cylindrów.
Niestety, zaczynają prawdopodobnie padać świece (nowe założone
na wiosnę) a to zapewne za sprawą naszego wspaniałego paliwa. Rok
temu jadąc Drag Starem ledwo wróciliśmy do domu jadąc z Mazur i
nie dość, że do wymiany były świece, to jeszcze nie ominęło
nas czyszczenie gaźników. Jak
na razie po każdym postoju mija trochę czasu zanim przepalą oba
cylindry i zaczną w miarę poprawnie pracować a po kolejnym
tankowaniu udaje mi się zwalczyć wadliwe odpowietrzanie zbiornika.
|
|

Wiele
ciekawych informacji o pięknym Sandomierzu, znajdziecie na stronie
: www.sandomierz.org
|
Tym
razem z Rzeszowa wybieramy drogę przez Sokołów Małopolski, Nisko
i Stalową Wolę, aby w końcu dotrzeć do Sandomierza.
Ponieważ, pomimo stale padającego deszczu, osiągamy niezłą średnią
przejazdu decydujemy się na krótki, godzinny postój w tym ładnym
mieście i chociaż krótki spacer po starówce. Kierujemy się, więc
w stronę centrum i parkujemy u podnóża starego miasta. Wchodzimy
na starówkę przez bramę Opatowską i okazuje się, że w godzinę
niewiele uda nam się zobaczyć. Docieramy
do rynku, a później kierujemy się na południową część
starego miasta, aby powrócić ponownie na rynek i zafundować sobie
po ciachu i herbacie. Nie podejmuję się po tak krótkiej wizycie
jakiegokolwiek opisu tego, co zobaczyliśmy, ale myślę, że to
miasto stanie się miejscem dłuższej wizyty, może nawet jeszcze w
tym roku a wtedy dopiero będę mógł nieco więcej napisać o tym,
co zobaczyliśmy. Póki, co prezentuję trochę zdjęć, które jak
mam nadzieję, choć trochę oddają klimat panujący w Sandomierzu
i pokazują, co ciekawsze zabytki.
|
|
Po
upływie ok. godziny udajemy się na parking do motocykla, aby
wyruszyć w dalszą drogę. Nadal pada, a przed nami około 187 km
do Warszawy. Kierujemy się na Lipsko, Zwoleń a jakość
nawierzchni wraz z opadami deszczu powoduje, że nie forsujemy
mocnego tempa tym bardziej, że parę razy mocno rzuca motocyklem na
nierównościach drogi.
W końcu docieramy do Garbatki Letniska i we wspomnianej już na
początku karczmie zatrzymujemy się na obiad. Jest około 16:00 a
my zdążyliśmy już całkiem nieźle zgłodnieć. Zajadamy pyszną
karkówkę i faszerowaną warzywami kaszankę a na dodatek mamy
pieczone ziemniaki i surówkę. Te kulinarne doznania kończymy
dobrze po godzinie 17-tej i udajemy się na ostatni już etap liczący
ok. 100 km.
Na początku coraz większe problemy z paleniem na wszystkich
cylindrach, ale po paru przegazówkach świece przepalają (Wild
Star ma ich po dwie na każdy cylinder) i hajda dalej do domu. O
dziwo po wyjściu okazuje się, że deszcz przestał padać a
jezdnia powoli staje się sucha. Pozwala nam to jechać nieco
szybciej, choć zaczyna się czas powrotów z niedzielnych wyjazdów
i ruch staje się zdecydowanie większy. Parę razy przebijamy się
przez grupy jadących pojazdów i kilka razy awaryjnie hamujemy. W
ten sposób docieramy do Góry Kalwarii a w końcu około
osiemnastej do Warszawy. Nie powiem, ale jesteśmy nieźle już zmęczeni,
w końcu w ciągu dwóch dni nie schodziliśmy z motocykla przez
ponad 17 godzin i przejechaliśmy 870 km.
|
|
Jak
zwykle zabrakło czasu aby zwiedzić ciekawe miejsca ale co się
odwlecze to nie uciecze i mam nadzieję że dokonamy tego podczas
kolejnych wypraw w mniej lub bardziej nieznane. Na szczęście
przybyło nam nieco nowych zdjęć w albumie a także ciekawe
wspomnienia.
O
ile w sobotę po drodze napotkaliśmy kilkunastu motocyklistów to w
niedzielę nie udało nam się spotkać ani jednego. Wygląda na to,
że deszczowa pogoda skutecznie zniechęciła motonitów do jazdy.
|
|
|
Polecam
wszystkim wizytę w Bieszczadach a jazda motocyklem po krętych
drogach to wielka frajda. Ruch tu zdecydowanie mniejszy niż np. nad
morzem a i ceny zdecydowanie niższe. Jeżeli szukacie spokojnych
miejsc i chcecie uciec od tłoku i hałasu, to Bieszczady są dobrym
wyborem ( może poza modnymi już Ustrzykami, Leskiem czy okolicą
zapory na Solinie).
Naprawdę
polecam.
Piotr
M.
(M-T nr 050)
>
zapraszam do obejrzenia galerii z bieszczadzkiej wyprawy <
|
|