RELACJA  Z  MOTOCYKLOWEJ  WYPRAWY 

nr 012/2004 / TURYSTYCZNE  WOJAŻE


Słowacki Raj ...
/fot. dok. odbycie wyprawy/ 

Tytuł wyprawy :
WYPRAWA  NA  SŁOWACJĘ


Uczestnik wyprawy : 
BLADY z Lublina
Moto - Turysta nr 027



Krążownik Szos : 
Suzuki GSX 1300R Hayabusa
Krążownik Szos nr 027



Ilość przejechanych kilometrów : 
1 724 km

STATYSTYKA  WYPRAWY 

Czas : 3,5 dnia
Przejechany dystans : 1724  - moje kilometry, PGR`owcy mają ich trochę mniej
Spalanie paliwa : w zależności od miejsca akcji  
od
7 do 11 l/100
Spalanie oleju :   1 litr na 1000 km w górach 
(coś za coś
J))
Opona tył : Dunlop D208 zamknięta do rantów – 100% (zużycie 40%)
Opona przód : Dunlop D208 zostało do rantów 0,7 cm (zużycie 25%)
Koszt wyjazdu : CHGW J))) (oszczędnie nie było)
Straty :  Brak
Radocha : MAX !!!!!

DATA WYPRAWY
data rozpoczęcia : 15.07.2004
data zakończenia : 18.07.2004
data nadesłania relacji : 01.08.2004

PRZYZNANE PUNKTY 
Moto - Turysta 2004 : 2 024 pt. (300 + 1724)
Krążownik Szos 2004 : 1724 km

OPIS TRASY WYPRAWY 
LUBLIN (miejsce zamieszkania)
SŁOWACKI RAJ (punkt docelowy wyprawy)
LUBLIN (miejsce zamieszkania)

Sprzęty: 
Suzuki GSX 1300 R Hayabusa - Blady 
Suzuki GSX 1300 R Hayabusa - Gregor vel Baryła
Yamaha YZF 600 R Thundercat - Toper
Honda FTR 1000 Firestorm - Asz
Yamaha TDM 850 - Andrzej
Honda 1100 XX - Stopa i Wiewiórka

     Wszystko zaczęło się 15.07.2004 Roku Pańskiego. W godzinach południowych wyleciałem lajtowo do zaprzyjaźnionego Rzeszowa gdzie spotkałem się z Elektro-Toperem. Plan był chytry – Toper wyskakuje z roboty i czym prędzej gonimy na Słowację ...

I tak by się pewnie stało gdyby nie naciąganie mojego łańcucha, oraz zmiana przedniej opony w Toperowym Cacie. Czynność niby prosta ale jak się za nią zabrał mozolny, nadworny serwisant Banzai (Beluszi zwany tez Belą) to nas prawie dziewiętnasta zastała. Cóż było począć wszak opony to na Słowacji rzecz najważniejsza. Szybka kolacja w „Dzidzie” i ogień na Zempińską Szirawę.
Do granicy w miarę szybko - jakieś 35 min - a potem już tylko rozkoszowanie się nocną jazdą  w gąszczu komarów wzdłuż Domaszy ( lub Damaszy - o jezioro mi chodzi w każdym bądź razie). Na Szirawkę  zajechaliśmy  tak po 21.00. Praktycznie nic się od zeszłego roku nie zmieniło prócz tego że wszystkich ludzi to może z 20 osób było. Walnęliśmy po kompasie w nowo wybudowanych prysznicach, za to w starym PRL`owskim ośrodku i dalej na symboliczną lampkę wina. W myśl zasady „im dalej w las tym dalej w las” Szirawa  nocą zaczęła się zapełniać. Poznaliśmy super kolesia (Tomasza), który myślał że kawałek „Pszczółka Maja” śpiewa jakaś Brutalna Skupina (Rockowy zespół) bo tylko taka wersje słyszał. Wieczór mijał, przy jednym piwie posiedzieliśmy z kolesiami do rana i udaliśmy się na zasłużony sen.

     W piątek bladym świtem (12.00) trzepnęliśmy z Toperem po śniadanio - obiedzie i pełna pała 80-100 km/h do Sniny (miejscowość, w której mieszka Tomasz (ten wczorajszy). Kolesie polecili nam kacowego drinka patrz. piwo z spritem !!!! (pełen odlot), godzinka wspominania dnia poprzedniego i ogień dziwnymi dróżkami na Szirawkę.
O 16.00 dojechał Elektro-Asz z Elektro-Andrzejem (koleś w poniedziałek kupił moto a w piątek wybrał się z wariatami w Słowackie góry – ten to dopiero jest twardy). Szybkie gadu-gadu kolejne piwo ze spritem i jazda na słowackie Morskie Oko (piękne miejsce !!!) .

Potem tu i tam aż się Aszowi benzyna skończyła !!! No i może dobrze ze tak się stało bo jak tu nagle coś nie zap…dala… oczywiście kto ???
Elektro - Baryła ze swoją czerwoną Hayabusą. Szybkie ble,ble,ble kompas i scenariusz dnia poprzedniego czyli przy jednym piwie do rana ...

     Sobota – straszny dzień, pobudka 8.00 (Asz zwariował !!!!) totalna dyscyplina czasowa, śniadanie w 15 min., pakowanie w kolejne 15, płacenie i wypad w góry. I tu dopiero zaczęła się jazda !!! Tego dnia zrobiliśmy prawie 600 km po górskich zakrętach. Cel – latać jak najwięcej , unikać autostrad i zamknąć opony. Wszystko się na maxa udało, ilości totalnie objechanych zakrętów nawet nie liczę ale rekordowe winkle to 220 km/h na budzikach. Panowie co Asz lata tym Dieslem (VTR 100 zwana również Elektro-zebrą) to łeb urywa.

 

Do Liptowskiego Mikulasza dojechaliśmy na 22.30 dokładnie w tym samym momencie dojechał do nas Stopa ze swoją Elektro-Wiewiorką (patrz. przyszła żona) tak więc było nam jeszcze raźniej. Piękny gierkowski hotel „Janosik” (również  mógłby się nazywać „Po Zbóju” z wspaniałym strzeżonym parkingiem (patrz foto) i wszystko to 350 koron ode łba – rewelacja !!!!

Z kolacją nie było za łatwo zatrzymaliśmy panią w knajpce pod groźbą spalenia lokalu ale za to z propozycją zostawienia paru koron na obchodne. Babeczka lekko przejęła się rolą fundując na schabowe (250 dkg i tyleż samo frytek) na jedną porcję (co dziwne Gregor zwany Baryłą zjadł dwie takie porcje). Za to tanio to nie było bo za tę biesiadę rachuneczek wyniósł bagatela 1750 koron !!!!!!! Symboliczne piwko i spanie – tym razem już na poważnie (wspominałem już że wyjazd był obłożony totalną dyscypliną czasowo-alkoholową ???).

     Niedziela  - ponad 600 kilometrów jazdy– wypad z hotelu 9.00, kawa na starym mieście 9.30, pół godziny na zaplanowanie trasy i jazda. Hopok (piękne fotki pod największym wyciągiem), Wysokie Tatry, Smokowiec (zakręty, zakręty i jeszcze raz zakręty). Pogoda totalnie w kratkę od 10-12 stopni do 30, od ulewnych deszczy po trzaskające słońce (jak to w górach).

Kilometry biły a czas uciekał tym samym trzeba było się powoli ukierunkowywać w stronę domu. I tak przez Pieniny (szlakiem Janosika), Piwniczną, wzdłuż Dunaju do Starego Sącza i Rzeszowa. W tym ostatnim pożegnałem wspaniałą Elektro-Ekipę z PGR`u i do Lublina ...
20.00 dom !!!!

            Wielkie dzięki za wspaniałą przygodę dla Topera, Asza, Gregora vel Baryły, Andrzeja oraz Stopy !!!

 

POZDRAWIAM : 
BLADY 
(Moto-Turysta nr 027)