|

Fot.
dokumentująca wyprawę
"To my na tle ruin Spiskiego Hradu" |
Zapraszam
do przeczytania moich wspomnień z wyprawy na Słowację - wyprawa to
może zbyt wiele powiedziane - raczej była to mini wyprawa, bowiem
trwała tylko jeden dzień.
Jako, że nie dysponuje dużą ilością wolnego czasu (ze względów rodzinnych),
oraz zbyt dużą ilością gotówki (z rożnych względów...) - moje wyjazdy
ograniczają się najczęściej do jednego dnia. Podczas takiego dnia
staram się przejechać jak najdłuższy dystans i zobaczyć jak najwięcej,
czyli pogodzić ogień z wodą.
Granica ze Słowacją znajduje się ok. 60 km od mojego domu wiec i tym
razem wybrałem ten piękny kraj. Żeby dzień wydłużyć do maksimum wyjechaliśmy
już o zabójczej sobotniej godzinie 6:00. Zespól dwuosobowy, czyli
ja na Hondzie Varadero i kolega Andrzej na nowiusieńkiej Hondzie Shadow
750 (dopiero po pierwszym przeglądzie). Z Bielska-Białej pojechaliśmy
na Żywiec a stamtąd przez senne o tej porze wioski w kierunku przejścia
granicznego w Korbielowie. Drogi o tej porze puste, dzień zapowiadał
się bardzo gorący i słoneczny. |
|
Czego
więcej trzeba! Granica bez problemów, a później już tylko sympatyczne
orawskie wsie, ładne widoki i dobra droga. Około godziny ósmej dojechaliśmy
do Namestowa i tam nad jeziorkiem Orava zrobiliśmy pierwsze postój
na śniadanie i wyprostowanie kości - dobrze jeszcze o tej porze
nie rozruszanych. Jedliśmy w towarzystwie polskich wycieczek wysypujących
się z autokarów i spoglądających okiem "znawców" na nasze
motocykle.
Mój plan zakładał przejazd przez Wysokie Tatry, później przez Lewocza
na Spisz i tam koniecznie zamek Spiski Hrad. Następnie Słowacki
Raj , Niskie Tatry i z powrotem przez Liptowski Mikulas i Korbielow
do domu.
Po śniadaniu wskoczyliśmy na moto i krętymi drogami przez Tvrdosin,
Podbiel i Zuberec, skierowaliśmy się na Liptowski Mikulasz. Z Mikulasza
przegoniliśmy maszynki drogą na Poprad. W Tatrzańskiej Strbie w
lewo na Tatry. W Tatrach trochę zdjęć, leniuchowania na miękkiej
murawie i z powrotem na drogę na Poprad. Około 12:00 miasto to ominęliśmy
obwodnicą i na pierwszej stacji benzynowej przyszedł czas na zasłużona
kawę ( w moim przypadku, bowiem kolega Andrzej uznaje tylko czekoladę,
stroni też od piwa i wszelakiego
alkoholu - a fe, tak się nie da żyć!). Kupiliśmy napoje i pijąc
stwierdziliśmy, że na tej Słowacji to chyba nie uznają cukru. Gdy
dotarliśmy do dna kubków okazało się ze cukier był, ale trzeba było
choć trochę zamieszać. Tośmy zamieszali ...
Dalej pognaliśmy do Lewoczy. Kto tam jeszcze nie
był gorąco polecam. Wspaniale stare miasto otoczone murami obronnymi.
Ładny ryneczek, dużo zabytkowych budowli, choć niektórych w trakcie
renowacji i słynna klatka hany, przy której koniecznie musiałem
zrobić sobie zdjęcie. Na to miasteczko potrzeba znacznie więcej
czasu niż mogliśmy go poświęcić. Może uda się innym razem.
Kolejnym etapem były wspaniale ruiny Spiskiego Hradu, jedne z największych
ruin w Europie. Zamczysko wspaniale prezentowało się na wzgórzu
oglądane z daleka (co widać na zdjęciu) a w środku robiło niemałe
wrażenie. Po opłaceniu wstępu zaczęło się regularne zwiedzanie.
Spędziliśmy tam dwie godziny chodząc, oglądając i fotografując wszystko
wokoło i co chwile poprawiając opadająca szczękę. Widoki w wierzy
zamkowej na rozlegle równiny i miasteczka Spiszu były warte mozolnego
wspinania się pod zamkowe wzgórze.
Zmęczeni ale zadowoleni wróciliśmy do motocykli i z ulga przeładowaliśmy
bagaże ze swoich pleców.
Około godziny 14:30 pognaliśmy w kierunku Spiskiej Nowej Wsi , gdzie
w Billi dokonaliśmy obowiązkowych zakupów. Ja oczywiście musiałem
nabyć smoczek dla mojego rocznego synka. Przy okazji całusy dla
ciebie Mareczku!
Następnie bardzo krętymi drogami, gdzie zakręt goni zakręt pruliśmy
do Słowackiego Raju. Już same kręte drogi pośród lasów były rajem
a sam Raj bardzo mnie zachwycił przyroda.
I
te przesympatyczne słowackie wsie i miasteczka! Popołudniowa Sielanka.
Od Raju zaczęła się strefa Cyganów. Co 300-400 m przy drodze stal
Cygan oferując owoce lasu. I tak przez dobre kilkanaście kilometrów.
Nie namyślając się wiele przeskoczyliśmy ten odcinek bez postojów,
po lewej oglądając Niskie Tatry. Kierowaliśmy się przez Brezno do
Podbrezowa, gdzie skręciliśmy w prawo w kierunku Liptowskiego Mikulasa.
Tutaj znowu zastaliśmy
niekończące się serpentyny. Na przełęczy krótki postój, bo koledze
zachciało się cieplej czekolady :-))). Gnaliśmy dalej przez Liptowski
Hradok i Mikulasz w kierunku Ruzomberoka bocznymi drogami mijając
po lewej wspaniale skrzące się w świetle zachodzącego słońca wody
Liptowskiej Mary. Za
Rozomberokiem na jednym z zakrętów jadący przodem Andrzej zagapił
się nieco i musiał bardzo mocno hamować, skutkiem czego dosyć mocno
zamiotło mu tyłem. Zaraz potem udając, ze nic się nie stało zaczął
balansować motocyklem udając, że to były tylko jego wygłupy a nie
podbramkowa sytuacja - miałem niezły ubaw. Orawski
Podzamok minęliśmy szybko, jak również Tvrdosini Namestowo. Nagle
zrobiło się ciemno i chłodno - była już 21:30.
|
|
Za
Namestowem łyknęliśmy kilka katamaranów i tak na przejściu w Korbielowie
byliśmy pierwsi. Ostatnie kilometry jechałem co chwile podnosząc szybkę
kasku - senność ogarniała mnie coraz mocniej. Do domów dotarliśmy
grubo po 22.30, zmęczeni ale bardzo zadowoleni. Wycieczka bardzo się
udała.
Przejechaliśmy dokładnie 608 km, zobaczyliśmy sporo ciekawych miejsc
i obiektów, pięknej przyrody i wspaniałych pejzaży. Myślę, że wycieczka
ta była kompromisem pomiędzy liczbą przejechanych kilometrów, zawiedzonych
miejsc i widoków. Radość z jazdy była ogromna. W ubiegłym roku odbyłem
jeszcze podobnych wyjazdów cztery i z czystym sumieniem polecam penetrowanie
spokojnej i pięknej Słowacji wszystkim Moto - Turystom.
Pozdrawiam
i do zobaczenia na trasie.
Jacek
Pytel
Bielsko-Biała
Jedynie słuszna Honda Varadero
|
 |